Tajna Kwatera Rebeliantów
Conservative Punk - Division Poland

POLITYKA - CZERWONE DYNASTIE - DZIECI UBEKÓW

R - 10-09-2012, 17:26
Temat postu: CZERWONE DYNASTIE - DZIECI UBEKÓW
CZY DZISIAJ POLSKĄ TRZĘSĄ DZIECI UBEKÓW I CZERWONYCH SKURWYSYNÓW ? TAK TRZĘSĄ. Kim dzisiaj są ? Liberałami i lewakami "BRONIĄCYMI WOLNOŚCI" ! ALE TO WSZYSTKO PIC NA WODĘ


Czerwone dynastie: Ryszard Nazarewicz i jego córka Katarzyna – Jerzy Robert Nowa

Dużą karierę w mediach po 1989 r. zrobiła Katarzyna Nazarewicz-Sosińska, m.in. pełniąc funkcje redaktora naczelnego “Expressu Wieczornego”, dyrektora wydawniczego magazynów “Playboy” i “Voyage”, swego czasu była kandydatką na rzecznika rządu AWS – UW. Jest córką byłego szefa wywiadu GL-AL w okręgu Częstochowa, późniejszego pułkownika UB Ryszarda Nazarewicza, który wsławił się nie tylko nadzorem UB zza biurka, lecz także osobistymi przesłuchaniami polskich patriotów.

Walka ojca z “siłami reakcji”
Ryszard Nazarewicz (Rapa) urodził się 11 października 1921 r. we Lwowie. Tam też pracował podczas sowieckiej okupacji w latach 1939-1941. Później przedostał się do Warszawy. Według tekstu historyka dr. Bogdana Musiała w “Arcanach” z 2002 r., R. Nazarewicz “(…) od 1943 r. był szefem wywiadu GL-AL w okręgu Częstochowa. Jest on więc zapewne – jak mało kto – dobrze poinformowany o zadaniach, jakie postawili przed komunistami polskimi ich sowieccy mocodawcy. Kontrwywiad AK w raporcie sporządzonym na podstawie przejętych informacji, tak streszcza zadania zlecone Wydziałowi Informacji PPR: ‘Wydział Informacji (…) otrzymał polecenie rozpracowywania najszczegółowszego polskich grup wojskowych łącznie z personaliami, aby przygotować tą drogą bądź metody likwidacji bądź rozładowania tych organizacji od wewnątrz’. Informacje, dotyczące struktur polskiego podziemia, zdobyte przez współpracujących z NKWD komunistów z PPR czy GL-AL były używane w samodzielnej walce z ‘siłami reakcji’, chociaż przekazywano je także Gestapo, które dokonywało na ich podstawie operacji likwidacyjnych” (por. B. Musiał, “Arcana” nr 4, 2002 r., s. 306).

Wierna służba w UB
Po wejściu na tereny polskie wojsk sowieckich R. Nazarewicz błyskawicznie wstąpił do UB. Według danych resortowych, jako członek UB brał udział “w okresie od dnia 21 II 1945 do dnia 31 XII 1947 r. w walce z bandami i reakcyjnym podziemiem” (por T.M. Płużański, “Ryszard Nazarewicz – partyzant, ubek, ‘profesor’”, “Gazeta Polska” z 7 lutego 2007 r.). Już w lutym 1945 r. R. Nazarewicz w stopniu kapitana zostaje zastępcą szefa Miejskiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (MUBP) w Łodzi. Na początku stycznia 1946 r. Nazarewicz już w stopniu majora UB przeniósł się z łódzkiego MUBP do tamtejszego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, tzw. Moczarni od przybranego nazwiska szefa tego urzędu Demko (Moczara). Pracował tam na stanowisku naczelnika Wydziału V do końca maja 1946 r. (por. tamże). Po miesiącu przeniósł się do Warszawy, gdzie aż do grudnia 1951 r. kierował V Wydziałem stołecznego UBP. Co najważniejsze, między grudniem 1951 r. a listopadem 1956 r. pełnił funkcję zastępcy szefa całego urzędu. Tadeusz M. Płużański pisze, że Nazarewicz nie ograniczał się do nadzoru UB zza biurka, lecz “schodził też do piwnicy, gdzie osobiście przesłuchiwał wielu polskich patriotów”. Odszedł z UB w październiku 1959 r. w stopniu pułkownika. Później przez długie lata jako PRL-owski historyk-profesor donośnie wychwalał osiągnięcia “ludowej partyzantki”, rozpraw władz komunistycznych z “reakcyjnymi bandami”. W 1953 r. został pozbawiony praw kombatanckich (por. W. Duda, “Głos z sutereny”, “Życie” z 19 lipca 1998 r.).

Kariera medialna córki
Katarzyna Nazarewicz-Sosińska pełniła funkcje zastępcy redaktora naczelnego “Super Expressu”, redaktora naczelnego “Expressu Wieczornego”, miesięczników “Marie Claire”, “Premiery”, dwutygodnika “Na Żywo” oraz tygodnika “Naj”, obecnie jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika “Machina”. Była również dyrektorem wydawniczym magazynów “Playboy” i “Voyage”. Współpracuje z TVP i PR. Jest autorką scenariusza i prowadzącą program “Zdrowo z Jedynką”, znana jest również z takich programów, jak: “Kawa czy herbata” oraz “Pytanie na śniadanie”.
W 1999 r. rozważano nawet jej kandydaturę na rzecznika rządu AWS – UW, kierowanego przez Jerzego Buzka. Wywołało to polemiczny tekst postkomunistycznej “Trybuny”, pióra redaktor Agnieszki Wołk-Łaniewskiej, w którym napisała, że “bardzo byłoby zabawne”, gdyby Katarzyna Nazarewicz reprezentowała rząd, którego jeden z ministrów, Jacek Taylor, doniósł do prokuratury na ojca K. Nazarewicz, prof. Ryszarda Nazarewicza, że łamie Konstytucję i krzewi komunizm. Wywołało to gwałtowny protest Ryszarda Holzera w “Gazecie Wyborczej” z 16 marca 1999 r. przeciwko czynieniu córki odpowiedzialną za działanie ojca.
Prof. Jerzy Robert Nowak



*******************************************************

Czerwone dynastie: Klan Komarów – Jerzy Robert Nowak

Zdumiewające są dzisiejsze wpływy ludzi wywodzących się z rodzin pracowników bezpieki, PRL-owskiego wywiadu czy stalinowskiej informacji wojskowej.

Wacław Komar, ojciec znanego publicysty Michała Komara, byłego prezesa Spółdzielni Wydawniczej “Czytelnik”, byłego redaktora naczelnego “Sztandaru Młodych” i prezesa Unii Wydawców Prasy, był związany z Komunistyczną Partią Polski od najmłodszych lat. Zanim przybrał miano Wacław Komar, pierwotnie nazywał się Mendel Kossoj – był synem Dawida Kossoja.

Partyjny kat
Szybko “sprawdził się” jako człowiek o skrajnie bezwzględnej naturze, zdolny do wykonywania bez wahania wyroków śmierci na wszystkich, którzy groźnie narazili się partii komunistycznej. We wspomnieniach dla KC PZPR chlubił się: “27 lipca 1926 wspólnie z Feliksem Dziobatym i Pikusiem zabiłem prowokatora Bendera. (…) 18 października 1926 zabiłem prowokatora Kostka. (…) W listopadzie 1926 tow. (Alfred) Lampe wysłał mnie z ramienia partii do organizacji zabójstwa prowokatora w Zagłębiu Dąbrowskim. (…) 10 maja zabiłem prowokatora Niewiarowskiego” (cyt. za: P. Gontarczyk, Dąbrowszczacy – żołnierze Stalina, “Rzeczpospolita” z 12-13 maja 2007 roku). Po dokonaniu wspomnianych morderstw jako zasłużony już “kat partyjny” został przerzucony do “szkoły wojskowej” do Związku Sowieckiego. Tam właśnie “trafił do OGPU-NKWD” (wg P. Gontarczyk, Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy (1941-1944), Warszawa 2003, s. 38). Stamtąd został przerzucony na robotę wojskową – czyli szpiegowską – do Niemiec i Polski. Bez skrupułów prowadził więc na rzecz Kremla najbardziej nikczemne działania wymierzone przeciwko krajowi, z którego się wywodził.
Po wykonaniu zleconych zadań Mendel Kossoj wyjechał, by uczestniczyć w wojnie domowej w Hiszpanii po stronie “czerwonych”. Był tam oficerem wywiadu sztabu Brygady Międzynarodowej im. J. Dąbrowskiego. W 1940 r. jako agent sowieckiego wywiadu Kossoj trafił do Wojska Polskiego we Francji (wg P. Gontarczyk, Polska Partia…, s. 49). W 1945 r. został mianowany zastępcą szefa Polskiej Misji Wojskowej we Francji. Skierowany do kraju został nominowany 20 grudnia 1945 r. na szefa Oddziału II (wywiadowczego) Sztabu Generalnego WP w stopniu pułkownika. 17 grudnia 1946 r. Komar (Kossoj) został mianowany generałem brygady. 20 czerwca 1947 r., pozostając dalej szefem II Oddziału WP, został naczelnikiem Wydziału II Samodzielnego (wywiad) Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, przekształconego 17 czerwca tegoż roku w Departament VII (wywiad) MBP, którego dyrektorem był Komar do 31 maja 1950 roku. Według “Słownika biograficznego działaczy polskiego ruchu robotniczego” (t. 3, Warszawa 1992, s. 252): “Był to wypadek bez precedensu w powojennej Polsce, iż szefem wywiadu wojskowego i politycznego była ta sama osoba”.

Wielbicielka rewolucji październikowej
Warto teraz wspomnieć o najbliższej rodzinie Wacława Komara (M. Kossoja). Jego żona Maria Komar (a właściwie Riva Cukierman) była funkcjonariuszką partii komunistycznej, “czyli pobierała pieniądze z centrali moskiewskiej” (wg L. Żebrowski, Ludzie UD – trzy pokolenia, “Gazeta Polska” z 30 września 1993 roku). Riva Cukierman była skrajnie fanatyczną komunistką. Konsekwentnie podawała fałszywą datę urodzenia, zmieniwszy ją dla szczególnego uczczenia przewrotu bolszewickiego w 1917 roku, z którym maksymalnie się identyfikowała. Wyznała w jednej z ankiet: “(…) będąc już na pracy w Komunistycznym Związku Młodzieży, zaczęłam używać daty Rewolucji Październikowej jako daty mego urodzenia. (…) I tę to datę mam w moich dokumentach oficjalnych po dzień dzisiejszy” (cyt. za L. Żebrowski, Zakłamane święto komunistyczne, “Nasz Dziennik” z 22 lipca 2004 r.). L. Żebrowski komentował te zwierzenia Rivy Cukierman słowami: “Ta tradycja miłości do partii nie znikła również po wojnie, podjęło ją bowiem nowe pokolenie. Na przykład Jacek Kuroń wyznał swej dziewczynie: ‘kocham cię prawie tak bardzo, jak partię’”.
Według L. Żebrowskiego, “w bezpiece była prawie cała jego [W. Komara - J.R.N.] rodzina w linii męskiej: brat Antoni i ojciec, który mimo podeszłego wieku został windziarzem w MBP. Tam nawet windy musiały mieć swoje zaufane ‘oczy i uszy’ (…)”.

Tropiciel “wrogów ludu”
Na czele II Oddziału Komar zajmował się m.in. przerzutem broni dla greckiej partyzantki komunistycznej, a także szkoleniem wojskowym partyzantów greckich w Polsce (wg P. Siergiejczyk, Dzieci i wnuki Smierszy, “Nasza Polska” z 6 lutego 2007 r.). Kierowany przez Komara II Oddział ze szczególną wprawą “zajmował się niszczeniem polskich środowisk politycznych na wychodźstwie” (wg P. Gontarczyk, Dąbrowszczacy…). Korzystał przy tym z pomocy innych dąbrowszczaków, w dużej mierze pochodzenia żydowskiego, dobrze zorientowanych w stosunkach na Zachodzie. Szczególnie wielką gorliwość w tropieniu “wrogów ludu” Komar zaczął przejawiać we wrześniu 1949 r. w związku z likwidacją tzw. odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. Pisał o tych działaniach Komara Paweł Piotrowski w tekście o historii wywiadu PRL opublikowanym w “Gazecie Polskiej” z 4 października 2006 roku. Stwierdził tam m.in., iż: “Komar rozpoczął w Oddziale II czystki, których ofiarą padło 86 oficerów, w tym 25 przedwrześniowych, 12 byłych akowców i 49 z powodu niemożności sprawdzenia ich przeszłości”.
Wykazana przez W. Komara czujność ideologiczna niewiele pomogła w nowej sytuacji z 1950 roku. Komara przeniesiono na stanowisko głównego kwatermistrza WP. Był to pozorny awans wskazujący na wyraźną nieufność wyższych władz do niego. W końcu doszło do aresztowania go w listopadzie 1952 r. pod zarzutem rzekomego trockizmu i szpiegostwa na rzecz państw zachodnich. W czasie śledztwa, by ratować własną skórę, składał niezwykle wylewne zeznania, pogrążając dawnych przyjaciół, począwszy od wkrótce potem aresztowanych jego zastępców: płk. Witolda Ladera i płk. Stanisława Flaty. Zeznawał: “Na drogę zdrady, na drogę spisku i szpiegostwa zaszedłem wskutek mych trockistowskich nacjonalistycznych i titowskich poglądów, które pokrywały się z krecią robotą i polityką Spychalskiego. (…) Spychalski postawił sprawę jasno, że o polskość Polski trzeba walczyć, aby walczyć, trzeba mieć siłę, a siłą jest armia. (…) Powiedział mi, że w KC tacy ludzie jak Gomułka, Kliszko, Feder, Bieńkowski, Modzelewski i Dłuski – są tą siłą w KC, którzy walczą o słuszną sprawę” (cyt. za: B. Urbankowski, Czerwona msza, Warszawa 1998, s. 217). Rozpaczliwie próbując się ratować, Komar poza obfitymi zeznaniami sypiącymi na innych “zdobył się” na maksymalnie udawaną samokrytykę, wyznając: “Zrozumiałem ogrom zdrady i ohydę mojego życia (…) zbrodni przeze mnie popełnionych nikt nie cofnie. Postanowiłem prawdę o mojej zbrodniczej działalności spiskowo-szpiegowskiej opowiedzieć, by w ten sposób choć w minimalnej dozie przyłożyć się do naprawienia tego zła, co zrobiłem, przyłożyć się do walki z nią, do walki z agentami imperializmu” (cyt. tamże, s. 217-218).
W nowej sytuacji po śmierci Stalina Komar został zwolniony z więzienia pod koniec 1954 r., a w sierpniu 1956 r. mianowany dowódcą KBW. Później odsunięty za stanowiska wraz ze wzrostem wpływów Moczara. Znamienne, że w okresie po 1989 r. tendencyjna historiografia wybielała rolę Komara, przedstawiając go niemal wyłącznie jako ofiarę stalinizmu, a zupełnie przemilczając jego rozmaite szkaradne wieloletnie usługi dla stalinizmu w okresie przedwojennym i powojennym. Starannie przemilczano również fakt jego tak wylewnych zeznań, które niebezpiecznie obciążyły rozlicznych znajomych i przyjaciół. Jaskrawym przykładem zafałszowywania historii był obszerny tzw. Apel Antygony w obronie dąbrowszczaków (“Gazeta Wyborcza” z 25 kwietnia 2007 r.), gdzie wyliczono wyłącznie zasługi W. Komara w wojnie domowej w Hiszpanii i w czasie walk w II wojnie światowej, przemilczając jego rozliczne inne działania w służbie stalinizmu.

Awanse młodego Komara
Okres po 1989 r. przyniósł błyskawiczną karierę syna W. Komara, dziennikarza Michała Komara związanego z michnikowcami. Tego typu koneksje zapewniły młodemu Komarowi błyskawiczne awanse – kierownictwo Spółdzielnią Wydawniczą “Czytelnik”, gazetą “Sztandar Młodych”, który zbankrutował pod jego zarządem, i wreszcie Unią Wydawców Prasy, gdzie jako zastępcę zyskał jednego z michnikowców – Seweryna Blumsztajna. Wyraźnie opowiada się po stronie związanego z “Gazetą Wyborczą” obozu, m.in. w agresywny sposób atakując lustrację i IPN. Szczególnie drastycznym przykładem jego wystąpień tego typu była publikowana przezeń w “Newsweeku” z 31 grudnia 2006 r. skrajnie karykaturalna “modlitwa poranna młodego pracownika IPN”, szkalująca motywy działania IPN.
Michał Komar ożenił się w 1970 r. z Ewą Łapką. Krzysztof Mętrak opisywał w swym dzienniku przyjęcie ślubne tych dwojga w hotelu Bristol 24 października 1970 r. jako “melanż prywatnej inicjatywy z byłymi funkcjonariuszami” (wg K. Mętrak “Dziennik 1969-1979″, Warszawa 1997, s. 38). W 1991 r. Ewa Komar została dyrektorem i współwłaścicielem, wspólnie z Jerzym Łapką, Fabryki Zapachów i Aromatów Mrowna.
W 2006 r. wyszła obszerna, ponad 300-stronicowa książka “Władysław Bartoszewski. Wywiad rzeka”, przygotowana przez M. Komara. Była to niezwykle zakłamana książka-panegiryk pisana “na klęczkach”, z pominięciem wszystkich spraw bardzo niewygodnych dla Bartoszewskiego jako interlokutora Komara. Michał Komar pominął np. całkowitym milczeniem sprawę niegodnego, jakże biernego zachowania się Bartoszewskiego w izraelskim Knesecie w momencie, gdy grupa izraelskich posłów oszczerczo zaatakowała Naród Polski za rzekome współdziałanie z Niemcami w mordowaniu Żydów. Niedługo po sesji Knesetu nadeszły do “Rzeczpospolitej” listy od Żydów oburzonych na antypolskie zachowanie w Knesecie, m.in. Abrahama Wagemana z Tel Awiwu i Samuela Dombrowskiego z Düsseldorfu. Ci uczciwi Żydzi zaprotestowali, podczas gdy W. Bartoszewski, minister Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, zachował haniebną bierność w czasie antypolskich wyzwisk w Knesecie, siedząc cały czas biernie, “ani be, ani me, ani kukuryku”, jak mawia L. Wałęsa.

Prof. Jerzy Robert Nowak


*********************************************************

Czerwone dynastie: Chajn trząsł Ministerstwem Sprawiedliwości – Jerzy Robert Nowak

Do bardziej wpływowych postaci ostatnich czasów należy chyba świadomie mało nagłaśniany Józef Chajn. Przez wiele lat po 1989 r. był sekretarzem Fundacji Batorego, mającej potężne oddziaływanie w różnych sferach życia. Józef Chajn był tam swego rodzaju “szarą eminencją” wpływającą na odpowiednią selekcję osób i instytucji, które sponsorowane były z pieniędzy fundacji. Dziś Chajn jest zastępcą dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie.

Rzecz znamienna, na tak ważnym stanowisku w liberalno-lewicowej Fundacji Batorego znalazł się syn jednego z najwyższych “czerwonych prominentów”. Jego ojciec Leon Chajn był stalinowskim dzierżymordą, który faktycznie trząsł całym Ministerstwem Sprawiedliwości. Ten żydowski komunista, znakomicie współdziałający z tak przemożnymi wówczas Jakubem Bermanem i Hilarym Mincem, decydował o wszystkim w resorcie, w niczym nie licząc się z figurantem – ministrem sprawiedliwości Henrykiem Świątkowskim. Jak pisał Wacław Barcikowski w swych wspomnieniach z owych lat: “(…) faktycznym kierownikiem Ministerstwa Sprawiedliwości był Leon Chajn” (W. Barcikowski “W kręgu prawa i polityki”, Katowice 1988, s. 142). Chajn, który samowolnie podporządkował sobie sądy i prokuratury, ponosi ogromną odpowiedzialność za dyktowanie bezwzględnych wyroków w sfabrykowanych stalinowskich procesach w Polsce. Nader typowe pod tym względem były jego kategoryczne stwierdzenia w broszurze wydanej w 1947 roku: “Są jeszcze prokuratorzy, którzy zdradzają zbytek gorliwości formalnej przy przetrzymywaniu zbirów z NSZ. Najwyższy czas skończyć z tym marazmem i dobrym sercem w stosunku do bratobójców!” (L. Chajn “Trzy lata demokratyzacji prawa i wymiaru sprawiedliwości”, Warszawa 1947, s. 76-77). Zaiste, dość szczególna była to sprawiedliwość!
Aby przerwać “niepotrzebne” liczenie się ze zbędnymi formalnościami (czytaj: regułami prawa), Chajn wzywał do przyspieszonych czystek. Już w kwietniu 1946 r. podczas dyskusji w Krajowej Radzie Narodowej Chajn gromko piętnował, że w polskim sądownictwie jest zbyt wiele starych kadr sędziowskich i prokuratorskich, akcentując: “Chcielibyśmy (…) wprowadzić do sądownictwa nowy strumień krwi społecznej (…)” (cyt. za: A. Rzepliński “Sądownictwo w PRL”, Londyn 1990, s. 31). I rzeczywiście, wprowadzono całą masę nowych sędziów “dokształconych” w przyspieszonym tempie, którzy bez skrupułów wydawali krwiożercze wyroki zgodnie z życzeniami zwierzchników. Ulegli wobec Chajna sędziowie doprowadzali do skazywania na długoletnie okresy więzienia na podstawie fałszywych dowodów.
Dodajmy, że Leon Chajn jako agent komunistyczny został oddelegowany do Stronnictwa Demokratycznego po to, by intrygami i podstępami jak najmocniej podporządkować SD partii komunistycznej (od 1945 do 1961 r. Chajn był sekretarzem generalnym SD, a później jego wiceprzewodniczącym). Szokujące, że syn tego stalinowskiego dzierżymordy i podłego komunistycznego agenta w SD zajmował po 1989 r. jedno z bardziej wpływowych stanowisk w polskim życiu publicznym. Nie byłoby problemu, gdyby chodziło o przypadek odosobniony, gorzej, gdy mamy całą jakże szeroką gamę tego typu przypadków, od Włodzimierza Cimoszewicza po Stefana Mellera.

prof. Jerzy Robert Nowak


*****************************************************

Czerwone dynastie: Familia Kraśków


Jednym ze szczególnie widocznych symptomów patologii awansów w naszym życiu publicznym jest szczególna kariera rodu Kraśków w telewizji publicznej.

Protoplastą tego klanu był osławiony Wincenty Kraśko, przez lata sekretarz KC PZPR ds. kultury. Kraśko wyróżniał się zarówno swymi dogmatycznymi poglądami, jak i skłonnościami do autorytarnego dyrygowania kulturą. Nader typowa pod tym względem była jego broszura z 1968 r. “Głos w dyskusji przedzjazdowej”, ostro piętnująca “krnąbrnych” literatów. Słynny pisarz i publicysta Stefan Kisielewski (Kisiel) tak skomentował udział Wincentego Kraśki w nikczemnej nagonce na twórców w 1968 r.: “(…) jak powiedział towarzysz Kraśko, kultura polska nie skorzysta z naszych usług. Znalazł się właściciel polskiej kultury – przerażony osioł” (S. Kisielewski, Dzienniki, Warszawa 1996, s. 16).

Bardzo duże wpływy Kraśki w sferze kultury ułatwiły karierę jego potomków w szczególnie atrakcyjnej jej dziedzinie – publicznej telewizji. Ciekawie opisała to dziennikarka “Tygodnika Solidarność” (nr z 19 listopada 2004 r.) Marzanna Stychlerz-Kłucińska w tekście “Kraśko i inni”, stwierdzając m.in.: “Kolejnym charakterystycznym zjawiskiem w TVP jest pokoleniowość, dziedziczenie stanowisk. Władza przechodzi z ojca na syna, a potem pałeczkę przejmują wnuki. Wystarczy, że przez jakiś czas senior rodu pełnił jakąś ważną funkcję. Klasycznym przykładem jest tu familia Kraśków. (…) Rodzina Kraśków stanowi jakby oddzielną instytucję w TVP. Początek dynastii dał Wincenty Kraśko, sekretarz KC PZPR ds. kultury.

Wszystko, co szło na antenę, było z nim konsultowane. Wkrótce w dziale kultury w TVP pojawił się młody Kraśko [Tadeusz - J.R.N.], przed kilku laty jeszcze młodszy [Piotr Kraśko - J.R.N.]. Średni Kraśko był człowiekiem kochliwym i zmieniał partnerki. Ale miał ludzkie odruchy, wszystkie byłe żony oraz liczne przejściowe przyjaciółki nadal pracują w TVP i jakoś – mówią moi rozmówcy – w tym sobie w miarę bezkonfliktowo funkcjonują. To swoisty fenomen. W ślad familii Kraśków poszli inni. (…) Jedna z większych telewizyjnych rodzin wraz z ‘przyległościami’, czyli dziećmi, kuzynami, kochankami oraz bliższymi i dalszymi znajomymi – wg Michała Mońki (dziennikarza związanego z ‘Solidarnością’) – liczy 64 osoby”.

Zarówno Tadeusz Kraśko (syn), jak i Piotr Kraśko (wnuk) nie odznaczali się szczególnymi zdolnościami, wręcz przeciwnie. Nadrabiali świetnym zadomowieniem się w “układach” i bardzo umiejętnym przystosowywaniem się do panujących w TVP reguł poprawności politycznej – zawsze płynęli z prądem. Nader typowa była pod tym względem wydana w 1992 r. w warszawskim lewicowym wydawnictwie BGW książka Tadeusza Kraśki “Pasjans telewizyjny”. Książka zawierała wybór zwierzeń licznych znanych dziennikarzy, wyraźnie zdominowanych przez starych wyjadaczy komunistycznej maści. Wśród “bohaterów” książki Kraśki znaleźli się m.in.: były prezes Radiokomitetu Włodzimierz Sokorski, osławiony prezes Radiokomitetu w czasach Edwarda Gierka Maciej Szczepański (zwany “krwawym Maciejem”), stalinowski pieniacz Zygmunt Kałużyński, byli długoletni tajni współpracownicy SB: prezes Radiokomitetu za rządu Tadeusza Mazowieckiego Andrzej Drawicz i Andrzej Szczypiorski, komunistyczni propagandyści: Zygmunt Broniarek i Adam Bronikowski. Kraśko nie zapomniał również o nagłośnieniu w swej książce takich osób znanych ze skrajnej lewicowej tendencyjności, jak: Aleksander Małachowski, Olga Lipińska czy Kazimierz Kutz i Janusz Rolicki.

W 1991 r. Tadeusz Kraśko wydał szczególnie zakłamaną książkę “Początek raz jeszcze. Z Andrzejem Szczypiorskim rozmawia Tadeusz Kraśko”. Było to pełne panegiryzmu wysławianie osoby A. Szczypiorskiego, znanego z histerycznych ataków na polskość i patriotyzm (stachanowca antypolonizmu) i na wartości chrześcijańskie, jak się później okazało, wieloletniego agenta SB. Kraśko bezkrytycznie nagłośnił w swej książce m.in. godne barona Münchausena samochwalcze opowieści Andrzeja Szczypiorskiego o tym, jak się “heroicznie” opierał bezpiece, jakim to był nonkonformistą i jak sam Kiszczak usprawiedliwiał się przed nim z jego internowania (s. 126). Kraśko nie zdobył się ani razu na próbę podważenia kłamstw Szczypiorskiego przez przypomnienie jego sławetnych proreżimowych wyczynów propagandowych. W rezultacie tolerowania wszystkich zafałszowań Szczypiorskiego pisana “na klęczkach” książka Kraśki jest faktycznie tylko kłamliwym “śmieciem”. W 1995 r. T. Kraśko wydał bezkrytyczny, arcynudnawy wywiad z Jerzym Turowiczem “Wierność” (Poznań).

W 1998 r. wydana została kolejna pełna zakłamania książka Kraśki “Czas skorpionów” stanowiąca w dużej części miniportrety różnych pisarzy. Znów znalazł się tam m.in. panegiryczny portret pisarza-agenta A. Szczypiorskiego, o którym Kraśko napisał m.in.: “W jego stylistyce nie ma ani jednego zbędnego znaku, to krystalicznie czysty wyraz myśli”. Dodajmy: myśli antypolskiej, antychrześcijańskiej, agenturalnej! Podobnymi pochwałami obdarzył również innego agenta SB Andrzeja Drawicza, od jesieni 1989 r. do końca 1990 r. głównego hamulcowego prawdziwych zmian w telewizji. Z jakim rozrzewnieniem Kraśko pisał o Drawiczu: “Był mądrym, dobrym i szlachetnym człowiekiem. (…) Wielu go kochało, niewielu rozumiało, małowierni potępiali”. Dodajmy, że w książce Kraśki znalazł się panegiryk o pisarzu Jerzym Kosińskim. Kraśko ogromnie wysławiał nawet jego najbardziej antypolską, paszkwilancką książkę “Malowany ptak”, wychwalał jej rzekomą “ponadczasową, biblijną narrację” (s. 130).

W ślady dobranego dziadka i ojca poszedł również najmłodszy z rodu Kraśków, telewizyjny redaktor Piotr Kraśko. Już jako korespondent TVP w Stanach Zjednoczonych na początku naszego stulecia okazał się absolutnym nieudacznikiem. Brutalnie obnażył wszystkie jego słabości merytoryczne i warsztatowe świetny znawca spraw Stanów Zjednoczonych i tamtejszej Polonii Zbigniew K. Rogowski. W tekście “Kraśko, niewypał w eterze” (“Nasza Polska” z 20 marca 2005 r.) Rogowski pisał o Kraśce: “Kolejny personalny niewypał. Donosi o jakichś marginalnych, peryferyjnych wydarzeniach, nie ma dojścia do ludzi politycznego establishmentu, nie dostrzega 10-milionowej Polonii, więc nic nie wie o jej życiu politycznym, na co dzień unika jak ognia relacji o zjawisku antypolonizmu. Szczególnie za brak obu tych tematów w korespondencjach Kraśki skarżyli mi się Polacy oglądający programy TVP za pośrednictwem TV Polonia. Zauważmy, że jak na medium wizualne Kraśko prezentuje się niekorzystnie: obcy akcent wymowy, słaba dykcja (proponuję kurs na I roku szkoły teatralnej)”.

Skrajne braki merytoryczne i fachowe młody Kraśko nadrabia podobnie jak jego ojciec Tadeusz gorliwością w atakowaniu tych, których trzeba (zgodnie z regułami “poprawności politycznej”). 18 września 2002 r. P. Kraśko “zabłysnął” jako redaktor prowadzący wzmożony atak paszkwilancki na Radio Maryja w telewizyjnym programie “Oblicza mediów”.
Kariera telewizyjna obu Kraśków świetnie pokazuje, do jakiego stopnia w telewizji publicznej (!) nie liczy się autentyczny talent (którego obu Kraśkom ewidentnie nie dostaje), lecz tylko rodowód z “dobrej”, czerwonej rodzinki.

Prof. Jerzy Robert Nowak


******************************************************

Czerwone dynastie: Rodzina Bierutów


Potomkowie najgorszych nawet komunistycznych zdrajców Polski, w tym stalinowskich prominentów, na ogół świetnie usadowili się na wpływowych stanowiskach także po 1989 roku. Co najważniejsze, nie odczuwają przy tym najwyraźniej żadnych skrupułów z powodu win swoich rodzicieli wobec Narodu, a bywa, że jeszcze dziś mentorsko pouczają Polaków, tak mocno skrzywdzonych przez ich ojców.

Bolesław Bierut bez wątpienia zasłużył sobie na miano “największego targowiczanina” Polski lat 1944-1956. Przedtem przez dziesięciolecia był służącym konsekwentnie przeciw Polsce agentem NKWD. Józef Światło w swych wyznaniach “Za kulisami bezpieki i partii” nazwał B. Bieruta “agentem na utrzymaniu NKWD”. Słynny sowietolog Robert Conquest, autor głośnej książki o sowieckich czystkach, pisał o nim jako o “funkcjonariuszu śledczym NKWD” (por. R. Conquest: “The Great Terror, Stalins Purge of the Thirties”, s. 584). Od 1944 r. Bierut był jednym z głównych najemników Stalina w sowietyzacji Polski jako przewodniczący tzw. Krajowej Rady Narodowej, później prezydent tzw. Polski Ludowej, wreszcie sekretarz generalny PPR, a później przewodniczący KC PZPR. Wreszcie od 1952 r. równocześnie szef partii komunistycznej i premier PRL. W swoich wystąpieniach posuwał się do najskrajniejszych przejawów służalstwa wobec Związku Sowieckiego kosztem Polski. Winston Churchill odnotował np. z najwyższym obrzydzeniem w swych pamiętnikach “The Second World War” przebieg rozmów 13 października z przedstawicielami PKWN: “(…) Ich przywódca, Mr. Bierut użył takich sformułowań: Przybyliśmy tu, by zażądać w imieniu Polski, żeby Lwów należał do Rosji. Taka jest wola narodu polskiego” (cyt. za: J. Karski “Wielkie mocarstwa a Polska od września do Jałty”, podziemne wydanie KOS, 1987, s. 7, 76). Czyż można było niżej upaść w antypolskim służalstwie?
Z pomocą dużo inteligentniejszych od niego komunistycznych przywódców żydowskiego pochodzenia: Jakuba Bermana i Hilarego Minca, Bierut zaprowadził bezwzględny terror, by spacyfikować wszelkie próby oporu przeciw sowietyzacji Polski. Był osobiście odpowiedzialny za śmierć tysięcy polskich patriotów, sfałszowane referendum i sfałszowane wybory, rabunek Polski przez Sowietów, walkę z Kościołem, w tym uwięzienie setek księży katolickich. Znamienne, że to on był inicjatorem dokonanego już w kilka miesięcy po śmierci Józefa Stalina uwięzienia Prymasa Tysiąclecia Stefana kardynała Wyszyńskiego. Swą antypolską gorliwością czasami zaskakiwał nawet Stalina. Sowiecki generalissimus uznał np. za wyraźnie zbyt przedwczesną i mogącą niepotrzebnie sprowokować Polaków propozycję Bieruta, by zastąpić “Mazurek Dąbrowskiego” hymnem wyrażającym “właściwe” komunistyczne treści. Przypomnijmy, że rządy Bieruta w Polsce to również czas bezlitosnej walki z tradycjami narodowymi w kulturze i nauce, z polskością, to okres, gdy zakazano wielkich dzieł narodowej klasyki, od “Dziadów” Adama Mickiewicza poprzez dramaty Juliusza Słowackiego, “Nie-Boską Komedię” Zygmunta Krasińskiego do “Wyzwolenia” i “Nocy Listopadowej” Stanisława Wyspiańskiego, odrzucono je do lamusa. Słynna pisarka polska Maria Dąbrowska tak napisała o sowietyzacji Polski pod Bierutowymi rządami pod datą 6 listopada 1948 r.: “Polska jest sowietyzowana, a nade wszystko – rusyfikowana w takim tempie, że nawet ja, co nie miałam złudzeń i wszystkiego tego się spodziewałam, jestem przerażona. Radio od rana do nocy zieje moskiewszczyzną. Mówi się tylko o Rosji (…) coraz wyraźniej widać, że idzie o to, żeby splugawić Polakom wszystko, co polskie. Nawet Rejtan nie byłby dziś możliwy. Nie pozwolono by mu odjechać do domu po jego rozpaczliwym proteście – zrobiono by z nim proces pokazowy z przyznaniem się do szpiegostwa. Od Niemców groziła Polsce zagłada biologiczna, od Moskwy – stokroć straszniejsza – duchowa i moralna” (M. Dąbrowska: “Dzienniki powojenne 1945-1965″, t. I 1945-1949, wybór T. Drewnowski, Warszawa 1996, s. 323-324).

Córka największego zdrajcy poucza Polaków
Dzieci takiego targowiczanina, takiego splugawiacza Polski jak Bierut powinny do końca życia robić wszystko, by choć w drobnej części odrobić ogromne szkody wyrządzone Polsce przez ojca arcyzdrajcę. Wygląda jednak na to, że nie stać ich z tego powodu na żadne wyrzuty sumienia, żadne poczucie wstydu. Jaskrawym przykładem pod tym względem jest butne zachowanie profesor Aleksandry Jasińskiej-Kani, córki B. Bieruta i Małgorzaty Fornalskiej, działaczki partii zdrady narodowej – KPP, a w czasie wojny organizatorki nowej partii komunistycznej – PPR, członkini KC tej partii.
Profesor Jasińska-Kania była do marca 2009 r. wpływową członkinią zarządu Polskiego Towarzystwa Socjologicznego. Jakiś czas temu “wyróżniła się” skandalicznym wywiadem, mentorsko pouczającym Polaków, opublikowanym na łamach postkomunistycznego “Przeglądu” z 29 października 2006 roku. W wywiadzie udzielonym red. Andrzejowi Dryszelowi pt. “Polak to brzmi dumnie?” prof. Jasińska-Kania ostro zaatakowała Polaków jako naród za rzekomą bardzo silną nietolerancję dla mniejszości narodowych i odmiennych od katolików grup religijnych. Według prof. Jasińskiej-Kani: “Polacy są tolerancyjni wobec nietolerancji”, a “nasza akceptacja dla grup odmiennych etnicznie i religijnie w ostatnich latach zmalała”. Te twierdzenia Jasińskiej-Kani są całkowicie sprzeczne z wynikami obiektywnych sondaży socjologicznych. Ewidentnie kłamie, gdy stwierdza, że Polacy dziś lokują się w ścisłej czołówce Europy, jeśli chodzi o podkreślanie dumy narodowej. Rozliczne sondaże pokazują dokładnie coś odwrotnego. Według tych sondaży w ostatnich kilkunastu latach znacząco polepszyły się w Polsce oceny innych narodów, w tym Niemców, Żydów czy Rosjan. Natomiast wyraźnie zaznaczyły się tendencje do katastrofalnie niskiej samooceny Polaków. Według własnych ocen, plasujemy się najniżej w sondażach na temat różnorodnych narodów – jesteśmy w tej tabeli ocen tylko powyżej Cyganów.
W swoim wywiadzie prof. Jasińska-Kania oszczerczo zaatakowała też rząd Jarosława Kaczyńskiego, twierdząc, że “przedstawiciele obecnej władzy mocno stawiają na nacjonalizm i prezentowanie ostentacyjnej religijności”. Dla córki zajadłego “internacjonalisty” i targowiczanina, jak widać, program “Patriotyzm jutra”, dążenie do odbudowy w Polsce tak zagrożonych w ostatnich kilkunastu latach tradycji narodowych jest nacjonalizmem! Jasińska-Kania dodaje, że to rzekomo podtrzymywanie przez władzę nacjonalizmu i ostentacyjnej religijności jako “wzorów sprzecznych z tendencjami występującymi w cywilizowanym świecie zatrzymuje Polskę w kręgu krajów tradycyjnych, nastawionych na przetrwanie i zaspokojenie potrzeb bezpieczeństwa, a nie na rozwój”. Jasińskiej-Kani wyraźnie nie podoba się siła przywiązania do rodziny w Polsce. W wywiadzie głosiła: “Uznawane przez Polaków tradycyjne wzory, uświęcone ideałem Świętej Rodziny nie mogą sprostać wymogom codzienności”.
Jasińska-Kania wyraźnie skoncentrowała się na jednoznacznie zdeformowanym pokazywaniu rzekomych zagrożeń dla tolerancji w Polsce, przesadnym eksponowaniu problemów dyskryminacji mniejszości narodowych i etnicznych w naszym kraju. Robi to w rozlicznych pracach. Tropicielka rzekomego polskiego nacjonalizmu i ksenofobii jest równocześnie jedną z najgorliwszych rzeczniczek upowszechniania marksizmu i zwiększania jego rangi. Na I ogólnopolskiej konferencji naukowej “Aktualność marksizmu” w maju 2005 r. wystąpiła z referatem “Obecność marksizmu we współczesnych teoriach socjologicznych”. Była redaktorką około 500-stronicowej pracy zbiorowej “Społeczeństwo”, poświęconej staremu partyjnemu politrukowi Jerzemu J. Wiatrowi (przypomnijmy, że w 1953 r. Wiatr był razem z Zygmuntem Baumanem autorem poczwarnej panegirycznej książki ku czci “wielkiego” J.W. Stalina). Wydano specjalną ponad 500-stronicową książkę z okazji jubileuszu prof. Jasińskiej-Kani. Znamienny był zestaw jej autorów. Znalazł się wśród nich m.in. Andrzej Korboński, renegat wśród Polonii, znany z nikczemnych ataków na Polskę i Kościół katolicki w Polsce. Przypomnijmy, że już 16 marca 1979 r. Jan Nowak-Jeziorański w liście do Jerzego Giedroycia potępił “skandaliczne wystąpienie Andrzeja Korbońskiego, który w materiale skierowanym do Komisji Kongresu proponował, aby USA porozumiało się z Moskwą w sprawie utrwalenia obecnego stanu rzeczy w Europie Wschodniej, usuwając w ten sposób kość niezgody” (por. Jan Nowak-Jeziorański, J. Giedroyc “Listy 1952-1998″, Wrocław 2001, s. 487). Jan Nowak-Jeziorański nazwał wystąpienie A. Korbońskiego “renegackim wystąpieniem, skierowanym przeciwko opozycji i liberalizacji w Polsce” (tamże, s. 487). Korboński uznał wówczas, “że nie leży w interesie Ameryki udana liberalizacja w Europie Wschodniej, która należy do strefy wpływów ZSRR, ponieważ liberalizacja ta naruszałaby status quo w Europie” (tamże, s. 492). Wystąpienie Korbońskiego sprowokowało zbiorowy protest przeciw niemu skierowany do naczelnego redaktora paryskiej “Kultury” Jerzego Giedroycia. Sygnatariusze listu protestacyjnego pisali m.in.: “Postulaty Korbońskiego wymagały jednak przede wszystkim reakcji moralnej. Wystąpiła ona w postaci jednomyślnego i spontanicznego potępienia go przez polską opinię publiczną na Zachodzie i jej pisma z ‘Kulturą’ na czele. Kto występuje przeciwko dążeniom do wolności narodu, który go wydał, zasługuje na określenie, którego wolimy nie używać. Wystarczy stwierdzić, że A. Korboński wyłączył samego siebie ze zbiorowości ludzi, którzy poczuwają się do związku z narodem polskim i jego aspiracjami do niepodległego bytu” (tamże, s. 536).
Sięgnięcie do takiego zdrajcy i renegata w książce upamiętniającej dorobek Jasińskiej-Kani było szczególnie wymowne! Dodajmy, że wśród autorów jubileuszowej księgi ku czci Jasińskiej-Kani figurują również m.in. wspomniany były partyjny politruk Jerzy J. Wiatr, były członek Biura Politycznego KC PZPR Janusz Reykowski i były pierwszy zastępca dyrektora Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu KC PZPR Włodzimierz Wesołowski. Jak widać, dalej utrzymuje się bardzo silna komitywa między “dinozaurami marksizmu”.

Syn Bieruta w roli jego skrajnego wybielacza
Aleksandra Jasińska-Kania opublikowała w 1983 r. w pracy zbiorowej “Godziny zwierzeń” niezwykle panegiryczne wspomnienie o Bierucie i Fornalskiej, wychwalając m.in. ich rzekomą “ogromną skromność” (por. s. 383). Ten panegiryk nie był czymś szczególnie dziwnym w dobie jaruzelszczyzny kładącej kres polskim nadziejom. Jak jednak wytłumaczyć panegiryczny obraz targowiczanina Bieruta w książce wydanej w Warszawie w 1999 r. – dziesiątym roku wolnej Polski?! Książkę tę, zatytułowaną “Jaki był Bolesław Bierut.
Wspomnienia syna”, wydał syn Bolesława Bieruta – Jan Chyliński. W swojej książce Chyliński poszedł dosłownie na całość w wybielaniu ojca – komunistycznego zbrodniarza. Bezwzględny terror bierutowskich władz przeciw niepodległościowemu podziemiu wyjaśnił tym, że była to jakoby walka z “terrorystami” (por. J. Chyliński “Jaki był Bolesław Bierut”, s. 11). Według Chylińskiego, ludzie podziemia niepodległościowego byli “terrorystami, czasem psychopatami” (tamże, s. 114). Co więcej, wielkoduszny, niemal gołębiego serca Bierut bardzo często ich ułaskawiał (tamże, s. 117). Doprowadzając swój panegiryzm do iście czarnego humoru, Chyliński głosił, że Bierut miał jakoby demokratyczny mandat do rządzenia narodem i wcale nie został mu on narzucony. Dowodem na to miało być oddanie przy wyborze Bieruta na prezydenta aż 408 głosów poselskich za, na 444 posłów wchodzących w skład Sejmu. Oczywiście Chyliński gromko zaprzecza, by wybory w 1947 r. były w jakikolwiek sposób zafałszowane.
Jedyny drobny błąd Bieruta, jaki Chyliński skłonny jest przyznać, to jego zachowanie w partyjnych sporach między towarzyszami polskiego i żydowskiego pochodzenia. Pisze: “Nie bez winy był w tym i mój ojciec, zarzucając antysemityzm tym członkom Biura Politycznego i Komitetu Centralnego, którzy podjęli krytykę polityki personalnej kierownictwa partii realizowanej w jego imieniu praktycznie przez trzyosobowy zespół Berman – Minc – Zambrowski, któremu zarzucali stosowanie narodowościowych preferencji w obsadzaniu kierowniczych stanowisk. Trudno dziś obiektywnie ocenić stopień zasadności tych zarzutów. Myślę, że nie były całkowicie pozbawione podstaw. Ojciec mój nie chciał ich uznać” (tamże, s. 191).
Skądinąd godny uwagi jest fakt, że syn tak skrajnie prożydowskiego Bieruta przyznaje, że o całej polityce personalnej partii komunistycznej i obsadzie kierowniczych stanowisk w państwie i partii decydowało trio towarzyszy pochodzenia żydowskiego: Berman – Minc – Zambrowski. Ciekawy jest przytoczony przez Chylińskiego z datą 20 stycznia 1949 r. zapisek osobisty B. Bieruta: “Sytuację utrudnia brak odpowiedzialnych wymaganemu poziomowi ludzi, z którymi można byłoby podzielić się rzetelnie pracą. W B. Pol. [Biurze Politycznym - J.R.N.] takich ludzi jest tylko trzech: Berman, Minc i Zambrowski – dźwigają oni na sobie główny ciężar pracy”. Zapisek ten najlepiej dowodzi stopnia umysłowej zależności B. Bieruta od wspomnianych trzech przywódców komunistycznych żydowskiego pochodzenia, dużo bardziej uzdolnionych i wykształconych od Bieruta. Na stronie 192 swej książki Chyliński przytacza zapisek osobisty Bieruta ostro krytykujący przywódcę komunistycznego A. Zawadzkiego za “antyżydowskość”, choć był on żonaty z Żydówką. Bierut zapisał pod datą 26 marca 1950 r.: “(…) wyraźne intrygi Olka o charakterze wybitnie antysemickim. Tłumaczył mi bowiem, że największym nieszczęściem dla partii są trzej towarzysze: Hilary, Jakub i Zambrowski” [tj. Minc, Berman i Zambrowski - J.R.N., tamże, s. 192]. Chyliński (op. cit., s. 193) przytacza również uskarżanie się Bieruta, że Zawadzki “zdecydował się wystąpić z platformą walki o odżydzanie naszego aparatu”.
Poza tą jedną sprawą – tj. wytknięciem Bierutowi skrajnego traktowania jako “antysemityzmu” wszelkich przejawów krytyk nadreprezentacji towarzyszy żydowskich w aparacie władzy – Chyliński daje w swej książce skrajnie wyidealizowany obraz swego ojca – komunistycznego tyrana, tym chętniej za to dokładając polityce Gierka, Jaruzelskiego czy okresu po 1989 roku. Prawdziwym szczytem tego groteskowego obrazu jest stwierdzenie, że “Pogrzeb Bolesława Bieruta potwierdził jego niezwykłą popularność w społeczeństwie” (J. Chyliński, op. cit., s. 203). Spędzone naciskami partyjnymi tłumy na pogrzebie Bieruta miały być więc dowodem jego rzekomej olbrzymiej popularności.
W świetle tego typu wywodów książki Chylińskiego raczej trudno uwierzyć w jego jakieś wyższe walory intelektualne. Jak widać, ani przez chwilę nie przeszkodziło to w jego rozległej karierze na szczytach władz, tak jak wielu innym synom komunistycznych przywódców. Jan Chyliński od lipca 1963 r. do grudnia 1965 r. był zastępcą przewodniczącego Komitetu Nauki i Techniki, od grudnia 1965 r. do listopada 1967 r. podsekretarzem stanu w Ministerstwie Przemysłu Ciężkiego, od grudnia 1967 r. do kwietnia 1970 r. podsekretarzem stanu w Ministerstwie Przemysłu Maszynowego. Od lutego 1971 r. do czerwca 1978 r. sprawował wielce znaczącą funkcję zastępcy przewodniczącego Komisji Planowania przy Radzie Ministrów. Później był m.in. ambasadorem PRL w NRD.

Dyplomacja w rodzinie
Wśród dyplomatów III RP nie zabrakło innych piastujących wysokie stanowiska urzędników powiązanych z rodziną Bierutów. Krzysztof Górecki tak pisał w “Naszej Polsce” z 30 sierpnia 2005 r. o najsłynniejszej postaci z tego rodu wśród dyplomatów RP: “Maciej Górski – ambasador RP w Atenach, to nieślubny syn Bieruta i jego sekretarki Wandy Górskiej, aktywistki PPR. Kreator i propagandysta stanu wojennego, znany z wystąpień u boku Urbana, któremu prowadził konferencje prasowe, szef Interpressu. W Rzymie, gdzie był jeszcze do niedawna ambasadorem, nie należał do najbardziej zapracowanych dyplomatów. Zajmował się jedynie goszczeniem partyjnych i wojskowych prominentów SLD w prywatnym charakterze nieprzerwanie wizytujących Rzym. Stąd nasza ambasada nazywana była ‘Pensjonat Rubens’ (leży przy via Rubens). Oprócz pełnienia funkcji szefa pensjonatu zajmował się także kolekcjonowaniem… talonów na benzynę. Na swoje nazwisko zarejestrował pięć samochodów i pobierał z MSZ Włoch talony, które pokątnie z zyskiem spieniężył za – bagatela – kilkanaście tysięcy euro. Po powrocie z Rzymu mianowany wiceministrem obrony narodowej ds. polityczno-wychowawczych (sic!). W Atenach przejmuje schedę po innym współpracowniku Urbana – Grzegorzu Dziemidowiczu”.
Macieja Górskiego ze stanowiska ambasadora w Atenach odwołano w marcu 2006 roku. Krzysztof Górecki pisał w “Naszej Polsce” z 30 sierpnia 2005 r. o bratanku Macieja Górskiego – Adamie Kobierackim, w MSZ od 1982 r., od 1991 r. stałego przedstawiciela RP przy Biurze Narodów Zjednoczonych i Organizacjach Międzynarodowych w Wiedniu, a od 1997 r. szefa Misji RP przy OBWE w Wiedniu. Górecki przypomniał również postać Grażyny Bernatowicz-Bierut – ambasador RP w Madrycie, przedtem m.in. dyrektor Departamentu Integracji Europejskiej, a później (i obecnie, w rządzie Donalda Tuska) wiceminister spraw zagranicznych. Jej mężem jest dziennikarz Marek Bierut (Bolesław Bierut był jego stryjem). Wspomniany dziennikarz w stanie wojennym “reaktywował” “Rzeczpospolitą”, później był jej korespondentem w Sztokholmie. Według tekstu S.H. Wilka, do roku 1989, gdy ktoś w MSZ nieopatrznie zatytułował ją “panią Bernatowicz”, niezmiennie poprawiała go, groźnie wykrzykując: “Bierut-Bernatowicz” (czy “Bernatowicz-Bierut”).

Prof. Jerzy Robert Nowak


CDN.

R - 11-09-2012, 07:31

TO ONI TWORZĄ TERAZ LIBERALIZM NAJLEPSZY Z SYSTEMÓW KTÓRY USZCZĘŚLIWIA LUDZI TAK JAK KIEDYŚ SOCJALIZM - TO CI SAMI LUDZIE - JEDYNIE KLAKIERZY SIĘ ZMIENIAJĄ POŻYTECZNI DURNIE ZAWSZE SIĘ ZNAJDĄ CHWALĄCY CZY TO SOCJALISTYCZNE CZY LIBERALNEGO GÓWNO.




Czerwone Dynastie: “Krwawa Luna” Bristigerowa i jej syn Michał


Przykładem dziedziczenia wpływów przez kolejne pokolenia z kręgów środowisk “czerwonych” i “różowych”, które tak fatalnie zapisały się w naszej historii, jest Julia Bristigerowa, komunistyczna zbrodniarka, i jej syn Michał Bristiger, profesor muzykologii.

Julia Bristigerowa, “krwawa Luna”, żona działacza syjonistycznego Natana Bristigera, należała przed wojną do najbardziej zaufanych tajnych agentów Kominternu w Polsce. Według zeznań Józefa Światły w audycjach Radia Wolna Europa: “Natychmiast po wkroczeniu wojsk bolszewickich do Lwowa w 1939 r. Bristigerowa zaczęła tak ordynarnie donosić, że zraziła sobie nawet wielu towarzyszy partyjnych, bo dała im się we znaki” (por. Z. Błażyński, Mówi Józef Światło. Za kulisami bezpieki i partii 1950-1955, Londyn 1986, s. 64). Bohdan Urbankowski pisał, że J. Bristigerowa po wkroczeniu Sowietów do Lwowa zorganizowała tzw. więźniów politycznych, dzięki którym NKWD mogło wyłapać wszystkich odchyleńców “partyjnych” (por. B. Urbankowski, Czerwona msza, czyli uśmiech Stalina, Warszawa 1998, s. 513). Uzyskała bardzo duże wpływy w partii zręcznością w dość różnych dziedzinach. Urbankowski pisał, powołując się na Światłę, który twierdził, że Bristigerowa “już w Rosji potrafiła być jednocześnie kochanką Bermana, Minca i Szyra” (por. tamże, s. 527).
W czasach stalinizmu w Polsce Bristigerowa należała zarazem do najkrwawszych i najbardziej wpływowych dyrektorów departamentów w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Jako p.o. dyrektora Departamentu V MBP, od stycznia 1950 r. do listopada 1954 r., “wsławiła się” jako fanatyczna nadzorczyni walki z Kościołem. Poza walką na tym odcinku odznaczała się szczególną gorliwością w zwalczaniu polskiej inteligencji patriotycznej. W rozlicznych relacjach powtarzają się opowieści o sadyzmie Bristigerowej bijącej rozebranych młodych więźniów szpicrutą po jądrach, aby wymusić na nich przyznanie się do winy. Tomasz Grotowicz opisał na łamach “Naszej Polski” z 4 sierpnia 1999 r., na podstawie wspomnień byłego więźnia PSL-owca, jak “krwawa Luna” znęcała się nad Szafarzyńskim, szefem propagandy PSL na województwo olsztyńskie: “(…) maltretowany przez “Lunę” Szafarzyński stanowił widok przerażający. Jądra miał na wysokości kolan. Bristigerowa wsadzała mu przyrodzenie do szuflady i następnie zatrzaskiwała, a także bez opamiętania biła więźnia. Szafarzyński wkrótce potem zmarł z ogólnego wycieńczenia”.
Bristigerowa nigdy nie poniosła odpowiedzialności karnej za swe zbrodnicze “wyczyny”. Po 1956 r. działała jako “literatka”, publikując dwie książki dość miernej jakości pod nazwiskiem Julii Preiss.

Tendencyjny muzykolog
Syn “Luny” Bristigerowej – Michał Bristiger, wybrał karierę muzykologa. Najwyraźniej, nawet w tym fachu, nie pozostał immunizowany na gen kłamstwa, odziedziczony po matce – mistrzyni kłamstw i hipokryzji. Znalazło to odbicie w jego wielce zafałszowującym obraz historii muzyki opracowaniu “Polska współczesna kultura muzyczna 1944-1964″, napisanym razem ze Stefanem Jarocińskim. Tekst ten powstał wyraźnie “ad usum Delphini”. Był dworską pracą sławiącą różne eksponowane przez reżim “wielkości” życia muzycznego, na czele z osławioną stalinizatorką muzykologii Zofią Lissą, niegdyś sławiącą m.in. znaczenie myśli Stalina dla muzyki polskiej. Równocześnie świadomie pominięto i przemilczano tam rolę kompozytorów i publicystów muzycznych znanych z “krnąbrności” wobec reżimu, na czele ze słynnym Kisielem. Oburzony Stefan Kisielewski zapisał w swych “Dziennikach” pod datą 31 maja 1968 r.: “Przejrzałem zmajstrowaną przez muzykologów ‘Polską współczesną kulturę muzyczną 1944-1964′ i tak się zdenerwowałem, że straciłem ochotę do wszelkiej pracy (starcza nerwowość!). Bristiger i Jarociński łżą jak z nut, wazelinują się Lissie i Chomińskiemu, sprawę socrealizmu nieomal pomijają, zamazują, kręcą. Jeszcze Jarociński trochę się tam bije w cudze piersi, przemilczając swój udział, ale Bristigier pisze już istny panegiryk, sławiąc pod niebiosa najgłupsze wypociny ‘Zosi’” [Z. Lissy - J.R.N.]. (…) Przy okazji całkiem wymazali mnie i moje polemiki estetyczne. Bristigier pominął nawet zbiory artykułów i recenzji, pisząc: ‘Co się tyczy codziennego życia muzycznego w Polsce, to tylko Zygmunt Mycielski i Jerzy Waldorff wydali w formie książkowej felietony śledzące jego przebieg’. Głupie bydlę. Fałszerstwom sprzyja pominięcie w bibliografii pism ‘Tygodnika Powszechnego’. Cała zresztą książka roi się od typowo muzykologicznych niechlujstw, błędów i nonszalancji – kronika wydarzeń skandaliczna. (…) I pomyśleć, że nic nie da się sprostować, bo akurat trwa moja niełaska (…). Po cholerę być uczciwym – naprawdę chyba uczciwość to głupota, a dobra pamięć – choroba umysłowa. Bristigiera odtąd nie znam, ale co mi z tego?” (S. Kisielewski, Dzienniki, Warszawa 1996, s. 12).
Kisielewskiemu chodziło o wydaną w 1968 r. w Krakowie książkę “Polska współczesna kultura muzyczna 1944-1964″, gdzie były zamieszczone m.in. szkice Michała Bristigera i Stefana Jarocińskiego. Bristiger “wyróżnił się” tam skrajnym panegirycznym zachwalaniem prac Zofii Lissy (por. s. 145, 147-149) i podał ogromną bibliografię jej prac, całkowicie pomijając prace Stefana Kisielewskiego. Jak z tego wynika, krytyk muzyczny Michał Bristiger rozpoczynał swą karierę od przypochlebiania się rozdętemu ponad miarę ze względów politycznych “autorytetowi” Zofii Lissy – marksistki w muzyce. Przypochlebianie to łączył konsekwentnie z całkowitym pominięciem osiągnięć muzycznych niepoprawnego politycznie Stefana Kisielewskiego i to zarówno jako kompozytora, jak i krytyka muzycznego.
Warto tu, choć skrótowo, przypomnieć, na czym opierał się tak wysławiany przez M. Bristigera autorytet Z. Lissy w muzyce. Przez lata stalinizmu zdobyła ona sobie dyktatorską pozycję w muzykologii dzięki prosowieckiemu służalstwu. Szczególnie “zabłysnęła” kuriozalną pracą nawołującą do upowszechnienia ekonomicznych wskazań J.W. Stalina w dziedzinie muzyki. Lissa pisała: “To, co Stalin mówi o odkryciu i zastosowaniu nowych prac ekonomicznych, godzących w interesy klas ginących i to, co mówi o oporze tych klas przeciw tym prawom, daje się również przenieść i na teren walki o nowe metody twórcze w muzyce polskiej, źródła oporu są te same i perspektywy ich likwidacji również te same.” (por. Z. Lissa, Na marginesie pracy J.W. Stalina “Ekonomiczne problemy socjalizmu w ZSRR”, Kraków 1954, s. 141). Światowej sławy polski kompozytor Andrzej Panufnik, który w 1954 r. uciekł na Zachód, pisał w swych wspomnieniach o Zofii Lissie jako o żydowskiej uciekinierce do ZSRS, która po latach szkolenia politycznego stała się gorliwą marksistką. “Wkrótce stało się oczywiste, iż to za jej pośrednictwem otrzymujemy dyrektywy z partii. Domyślaliśmy się, że jednocześnie zlecono jej informowanie władz o poglądach politycznych i artystycznych członków związku” (por. Andrzej Panufnik o sobie, Warszawa 1990). Taki to “wielki autorytet muzyczny” napompowany jak balon w czasach stalinizmu wysławiał jeszcze w 1968 r. w swej pracy Michał Bristiger, syn “Luny” Bristigerowej.

Prof. Jerzy Robert Nowak

****************************************************

Czerwone dynastie – Fobie Agnieszki Holland – prof. Jerzy Robert Nowak

Reżyser filmowa Agnieszka Holland należy do najbardziej fanatycznych wyrazicielek fobii antyreligijnych i antypatriotycznych. Łączy je z ciągłym tropieniem antysemityzmu, zajadłą wrogością do prawicy i grubiańskimi atakami na rządzących dziś polityków PiS. [tekst pisany był w roku 2007 - Red.]

W wywiadach udzielanych przez Holland wciąż spotykamy się z negatywnymi uogólnieniami na temat Polaków jako Narodu, który jest rzekomo niedojrzały, antysemicki i ksenofobiczny, przesycony płytką nierozumną religijnością, etc., etc. Z taką werwą karcąca Polaków A. Holland faktycznie kontynuuje metody fanatycznej agitacji komunistycznej swych rodziców Henryka Hollanda i Ireny Rybczyńskiej. Ta para stalinowców z zajadłością uczestniczyła w nagonkach na nonkonformistycznych naukowców, m.in. w haniebnym donosie na znakomitego polskiego naukowca – profesora Władysława Tatarkiewicza.

23 grudnia 2006 r. Agnieszka Holland udzieliła obszernego wywiadu dziennikarzowi “Gazety Wyborczej” Romanowi Pawłowskiemu dla dodatku “Wysokie Obcasy”. Wywiad zatytułowany eufemicznie “Wszystko o moim ojcu” stanowił w znaczącej części stek kłamstw na temat ojca A. Holland. Prawdziwie rzetelny tytuł wywiadu mógłby brzmieć raczej: “Wiele kłamstw o moim ojcu”. Jaskrawym kłamstwem jest chociażby stwierdzenie dziennikarza “Wyborczej” R. Pawłowskiego sugerujące, że Henryk Holland jakoby tylko “Przez chwilę był wierzącym stalinistą (…)”. Otóż ta rzekomo króciutka “chwila” trwała w życiorysie Hollanda aż dziewiętnaście lat – od jego związania się w 1934 r. ze zdominowanym przez stalinistów polskim ruchem komunistycznym aż do jego brutalnego ataku w 1953 r. na naukowe dokonania nieżyjącego wówczas od wielu lat słynnego filozofa Kazimierza Twardowskiego.

Wyjątkowo bezczelnym kłamstwem jest stwierdzenie Holland na temat udziału jej ojca w relacjonowaniu dla Polskiego Radia sfabrykowanego procesu politycznego László Rajka w 1949 roku. A. Holland stwierdziła, broniąc zachowania jej ojca: “Wiem od mamy, że doświadczenie tego procesu było dla niego przełomowe”. Sugerowała w ten sposób, że H. Holland pod wpływem doświadczeń procesu zmienił się w sposób “przełomowy”, czyli nabrał głębokiego krytycyzmu wobec stalinizmu. Prawda była z gruntu odmienna. Właśnie po procesie L. Rajka w 1949 r. doszło do największych stalinowskich świnień w życiu H. Hollanda, m.in. do udziału w 1950 r. w podłym donosicielskim liście otwartym do prof. W. Tatarkiewicza, “zdemaskowaniu” w tymże 1950 r. jednego ze studentów jako “niebezpiecznego wroga” czy do późniejszego o trzy lata, brutalnego, paszkwilanckiego ataku H. Hollanda na twórczość prof. K. Twardowskiego (1953 r.).

Stalinowiec Henryk Holland
Cofnijmy się jednak na chwilę do wcześniejszego okresu życia Henryka Hollanda. Urodził się 8 kwietnia 1920 r. w Warszawie w ubogiej zasymilowanej rodzinie żydowskiej jako najstarsze dziecko Wiktora Hollanda i Franciszki z domu Likier. Według książki Krzysztofa Persaka “Sprawa Henryka Hollanda” (Warszawa, 2006 r., s. 133): “Od dwunastego do czternastego roku życia Holland należał do lewicowej syjonistycznej organizacji skautowej Haszomer Hacair, a w 1934 r. związał się z ruchem komunistycznym, wstępując do Rewolucyjnego Związku Młodzieży Szkolnej, który był przybudówką Komunistycznego Związku Młodzieży Polski. Rok później został przyjęty do KZMP. (…) Od jesieni 1936 r. Holland przez pół roku pełnił funkcję łącznika pomiędzy kierownikiem Centralnej Redakcji Krajowej KPP Abramem Kaganem a redakcją znajdującego się pod wpływem tej partii jednolitofrontowego ‘Dziennika Popularnego’ (…)”.

Po wybuchu wojny H. Hollandowi udało się przedostać na tereny okupowane przez Związek Sowiecki – do Lwowa. Tam m.in. współpracował z osławioną sowiecką gadzinówką “Czerwonym Sztandarem” i z redakcją “Młodzieży Stalinowskiej”. W czerwcu 1943 r. wziął udział w pierwszym zjeździe Związku Patriotów Polskich, powołanego przez Sowietów dla przygotowywania działań na rzecz późniejszej stalinizacji Polski. 14 czerwca 1943 r. został przyjęty w stopniu porucznika do dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Od lutego 1944 r. był instruktorem w Wydziale Polityczno-Wychowawczym 2. dywizji. W listopadzie 1944 r. awansował na kapitana. W grudniu 1944 r. wstąpił do PPR. Już w kwietniu 1945 r. uzyskał pierwszy bardzo znaczący awans. Został redaktorem naczelnym tygodnika wspierającego komunistów pod nazwą “Walka Młodych” wydawanego przez Związek Walki Młodych. Kierował nim do września 1947 roku. W 1948 r. wybrano go do Rady Naczelnej i Zarządu Głównego Związku Młodzieży Polskiej. Pod koniec 1948 r. został członkiem komitetu redakcyjnego jednej z najbardziej ponurych gazet partyjnych sowietyzujących kraj – “Trybuny Wolności”.

Jako wielce zaufany towarzysz został oddelegowany we wrześniu 1949 r. na najsłynniejszy stalinowski proces pokazowy – proces László Rajka na Węgrzech. Rajk, jeden z najbardziej fanatycznych węgierskich komunistów, był przez kilka lat ministrem spraw wewnętrznych, zajadle tępiącym prozachodnich oponentów komunizmu. W partii komunistycznej cieszył się szczególnie dużą popularnością jako rodzimy Węgier i dlatego był tym bardziej znienawidzony przez dyktatorsko rządzącą Węgrami żydowską grupę kierowniczą na czele z Mátyásem Rákosim. Rajka oskarżono o “antysowiecki nacjonalizm” i “titoizm”, torturami wymuszono na nim przyznanie się do rzekomych win i powieszono przed oknem celi, w której siedziała jego żona.

Holland, fanatycznie nastawiony na rozprawę z “nacjonalistami”, z tym większą lubością relacjonował dla Polskiego Radia przebieg procesu węgierskiego “nacjonalistycznego odchyleńca”. Był to jeden z najpodlejszych “wyczynów” w jego życiu. Warto dodać, że Holland wziął bardzo czynny udział w propagandowej kampanii przeciw “odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznemu” w Polsce. Z furią atakował Gomułkę (por. K. Persak, op. cit., s. 148).

W roku akademickim 1946/1947 Holland rozpoczął studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim, łącząc je z karierą partyjną, pełną oddania stalinowskiej ideologii. Był prawdziwie bezwzględny wobec domniemanych “wrogów ludu”. Krzysztof Persak opisał (op. cit., s. 139), jak to pewnego razu, “kiedy Komitet Uczelniany rozpatrywał sprawę usunięcia aktywisty, który w ankiecie personalnej zataił, że jego ojciec był przedwojennym policjantem, Holland powiedział, iż ów student “jest przykładem niebezpiecznego wroga, który wkradł się w szeregi naszej partii”, i zaproponował, aby organizacja partyjna powiadomiła o swojej uchwale władze bezpieczeństwa. Donosicielską propozycję Hollanda zebrani z Komitetu Uczelnianego zaakceptowali jednomyślnie. Nie wiadomo, jaki los spotkał studenta w ten sposób “poleconego” UB.

Leszek Moczulski przypomniał w swej książce “Lustracja” (Warszawa, 2001 r., s. 140), że to właśnie Holland odegrał rolę w jego usunięciu z partii w 1949 roku.

Szczególnie haniebnym epizodem w życiu Hollanda był jego udział w grupie ośmiu studentów, członków PZPR, którzy wystąpili w marcu 1950 r. z brutalnym, publicznym atakiem i donosem na słynnego filozofa – profesora Władysława Tatarkiewicza. Według K. Persaka (op. cit., s. 139), “studenci ci wystosowali list otwarty do prof. Tatarkiewicza, protestując przeciwko rzekomemu dopuszczeniu na prowadzonym przez niego seminarium do “czysto politycznych wystąpień o charakterze wyraźnie wrogim budującej socjalizm Polsce” i tolerowaniu ich. Inicjatywa ta, niewątpliwie inspirowana przez władze partyjne, była zapewne elementem intrygi prowadzącej do odebrania profesorowi kilka miesięcy później prawa wykładania i prowadzenia zajęć.

Wśród ośmiu autorów haniebnego listu otwartego, który spowodował ostateczne usunięcie prof. W. Tatarkiewicza z uczelni, byli m.in. Henryk Holland i jego żona Irena Rybczyńska, Bronisław Baczko i Leszek Kołakowski. Po latach nawet jeden z sygnatariuszy tego listu otwartego (donosu) Bronisław Baczko uznał zawarte w nim treści za “groźne i koszmarne bzdury”.

W październiku 1950 r. Holland rozpoczął studia doktoranckie w Katedrze Historii Filozofii, osławionej “kuźni kadr marksistowskich” – Instytutu Kształcenia Kadr Naukowych przy KC PZPR. W 1953 r. publikuje swą najohydniejszą pracę, faktycznie paszkwilancki atak na niemogącego się bronić, bo nieżyjącego od 1938 r. słynnego filozofa – profesora Kazimierza Twardowskiego “Legenda o Kazimierzu Twardowskim”. Zaatakował filozofię prof. Twardowskiego za rzekome “ubóstwo teoretyczne”, piętnował ją jako filozofię skrajnie obskurancką, fideistyczną, klechowską”. Profesora Twardowskiego nazwał “fideistą zalatującym zakrystią”. Z furią atakował wszystkich tych, którzy chwalili dokonania naukowe prof. Twardowskiego przed wojną, “demaskując” ich jako rzekomych “faszystów”.

Według K. Persaka, “pamflet Hollanda, nawet biorąc pod uwagę ówczesne stalinowskie standardy, ze względu na wyjątkowy brutalny atak na twórcę szkoły lwowsko-warszawskiej, wzbudził w IKKN pewne kontrowersje. Autor posługiwał się wyjątkowo napastliwym językiem (…)”. Doszło do tego, że w obronie totalnie niszczonego przez Hollanda dorobku zmarłego filozofa wystąpił w liście do redakcji “Myśli Filozoficznej” (tam najpierw wydrukowano paszkwil Hollanda) prof. Tadeusz Kotarbiński. Krytykując pracę Hollanda, Kotarbiński stwierdził: “Jest to elaborat bezceremonialny. Pełno w nim chwytów, używanych w niewybrednych kłótniach dla oddania uczuć lekceważenia, pogardy i szyderstwa. Pozwolono sobie pod adresem Twardowskiego na wyrażenia skrajnie obelżywe, których nie chcę przytaczać, aby ich nie wypowiadać ponownie” (K. Persak, op. cit., s. 141).

Ze względu na powszechne oburzenie jadowicie paszkwilancką formą pracy Hollanda, jakie wyrażano w kręgach naukowych, nawet w dogmatycznych kręgach marksistowskich uznano za celowe pewne zdystansowanie się od pamfletu. Zrobił to komitet redakcyjny “Myśli Filozoficznej” na czele z osławionym inkwizytorem nauki prof. Adamem Schaffem. Odpowiadając na list prof. T. Kotarbińskiego, zaakcentowano poparcie “bojowego tonu krytyki”, ale przyznano, że komitet redakcyjny “rzeczywiście zaniedbał w toku prac redakcyjnych usunięcia z artykułu pewnych niefortunnych, napisanych przez autora w zapale polemicznym zwrotów i wyrażeń” (K. Persak, op. cit., s. 141). Co więcej, dyrekcja IKKN zdecydowała się na udzielenie Hollandowi nagany za “niewłaściwą postawę partyjną”. Zdaniem K. Persaka, wymierzenie tej kary partyjnej było “spowodowane wyjątkowym oburzeniem, jakie ta publikacja wywołała w środowisku naukowym”. Było to prawdziwie szokujące – paszkwil Hollanda okazał się nazbyt brutalny w stylu nawet jak na atmosferę ówczesnych stalinowskich czasów!

Nie “wszyscy byli ubrudzeni”
Agnieszce Holland te tak jaskrawe przykłady stalinowskiego świnienia się jej ojca nie przeszkodziły w skrajnie kłamliwym wybielaniu jego przeszłości w wywiadzie opublikowanym w “Wysokich Obcasach” z grudnia 2006 roku. Najwidoczniej liczyła na słabą pamięć lub nawet totalną ignorancję czytelników. Liczyła słusznie, bo o ile wiem, przez kilka miesięcy, aż do czasu mego obecnego tekstu, nikt nie zaprotestował przeciwko jej ordynarnym kłamstwom.

Aby lepiej wybielić przeszłość swego ojca, Agnieszka Holland użyła starego chwytu różnych dzieci stalinowców. Usilnie stara się zaakcentować – jak to rzekomo w tamtych czasach niemal “wszyscy byli ubrudzeni”. Stwierdza w wywiadzie dla “Wysokich Obcasów”:

“Nie chciałabym, aby to zabrzmiało jak usprawiedliwienie, ale trudno oceniać wybory moich rodziców bez uwzględnienia kontekstu historycznego. Komunizm był ideą, która wstrząsnęła światem i zgarnęła pod swoje skrzydła rzeszę najbardziej ideowej młodzieży. Dla wielu z nich nie było innej alternatywy dla faszyzmu. Kto jest bez grzechu, niech rzuci kamieniem. W polskiej historii było zaledwie kilku ludzi na tyle zdeterminowanych, obdarzonych tak jasnym widzeniem świata, że mogą być dzisiaj bohaterami narodowymi bez skazy.
Większość ma w sobie ciemną i jasną stronę przez konieczność dokonywania wyborów w sytuacjach z założenia niejasnych, dramatycznych. Łącznie z budzącymi dziś spory postaciami, jak Dmowski czy Piłsudski. To dotyczy także świętych, jak ojciec Maksymilian Kolbe, który z jednej strony, poświęcił się za człowieka w obozie koncentracyjnym, z drugiej – prowadził przed wojną antysemickie pismo. Kiedy się popatrzy na Zbigniewa Herberta, który przez lata był symbolem spiżowego sprzeciwu, i potem przeczyta się, co tam gadał na rozmowach z ubekami, to się okaże, że ikony nie istnieją”.

Trudno się nie oburzyć, gdy czyta się, jak Agnieszka Holland porównuje swego ojca – stalinowskiego fanatyka, niszczącego ludzi, z postaciami ucieleśniającymi bezgraniczną miłość do swych bliźnich jak św. Maksymilian Kolbe. Jakże oburzająca jest próba wybielenia stalinowca Hollanda poprzez nikczemne oczernianie Zbigniewa Herberta, poety, który wolał głodować w dobie stalinizmu, niż iść na najmniejszy nawet ukłon wobec reżimu.

Holland próbowała usprawiedliwić stalinowskie zaangażowanie swoich rodziców również poprzez staranne obrzucanie błotem II Rzeczypospolitej, przedstawianie jej w potwornie przyczerniony sposób. Oto jak wygląda kreślona przez Holland ponura wizja II RP:

“Problem zaangażowania części pokolenia moich rodziców w komunizm jest tak złożony, że powinniśmy o tym zrobić całą rozmowę. Miało na to wpływ i uwiedzenie ideą sprawiedliwości społecznej, i rozczarowanie Polską okresu międzywojennego, która nie stała się ojczyzną szklanych domów. Demokracja była kulawa, rosły autorytaryzm i nieudolność rządzących, a z drugiej strony, pojawiło się wykluczenie inaczej myślących, prześladowanie mniejszości. Młodzież pochodzenia żydowskiego na co dzień była prześladowana i odtrącona (pałowanie, getta ławkowe, numerus clausus, ekscesy Młodzieży Wszechpolskiej). Nic dziwnego, że szukali miejsca w szeregach partii, która głosiła równość wszystkich ras i dawała wykluczonym poczucie wspólnoty”.

II Rzeczpospolita ze wszystkimi swoimi błędami i ograniczeniami była i tak prawdziwą oazą demokracji na tle sowieckiej krainy gułagów i wielkich czystek. Tylko ogromna ślepota i zacietrzewienie mogły decydować o wybraniu stalinowskiej Rosji kosztem Polski. Dodajmy, że to optowanie na rzecz Związku Sowieckiego za każdym razem oznaczało równoczesną zdradę Polski, wejście na drogę czerwonej Targowicy.

Wbrew kłamliwym tłumaczeniom Agnieszki Holland nie ma żadnego usprawiedliwienia dla wieloletniego związania się jej ojca ze stalinizmem i szkodzenia przezeń tym wszystkim, których uważał za wrogów systemu. Pamiętać trzeba jednak, że sam Henryk Holland w końcu zapłacił bardzo wysoką cenę za swój prokomunistyczny wybór.

Kulisy śmierci H. Hollanda
W 1954 r. Holland przeszedł błyskawiczną ewolucję poglądów od skrajnego dogmatyzmu do rewizjonizmu. W następnych latach, w czasie zajadłego konfliktu między frakcjami wewnątrzpartyjnymi “Żydów” (puławian) i “chamów” (natolińczyków) przyłączył się oczywiście do frakcji puławian. Przyjaźnił się z czołowymi przywódcami puławian, m.in. z L. Kasmanem, A. Starewiczem, A. Alsterem, J. Finkelszteinem, R. Zambrowskim. 12 listopada 1961 r. doszło do spotkania H. Hollanda z korespondentem francuskiego “Le Monde” Jeanem Wetzem i jego żoną.

Zapoczątkowało ono ciąg wydarzeń, który doprowadził do tragicznej śmierci H. Hollanda. Podczas spotkania, które odbyło się w mieszkaniu Wetzów, Holland ujawnił zasłyszane od jednego z działaczy partyjnych rewelacje Nikity Siergiejewicza Chruszczowa o okolicznościach śmierci Stalina i obalenia Berii. Holland popełnił ogromną nieostrożność, ponieważ mieszkanie Wetzów, w którym odbywała się rozmowa, było dobrze “zabezpieczone radiofonicznie” z pomocą podsłuchu urządzonego przez MSW. Po ogłoszeniu przez Wetza w “Le Monde” rewelacji zasłyszanych od Hollanda, Władysław Gomułka wpadł w straszliwą irytację, podsycaną przez sugestie moczarowców nieznoszących puławian. Gomułkę rozwścieczyła groźba zarzutów z Moskwy, że z Polski wyciekają na Zachód komunistyczne tajemnice, takie jak wspomniane zwierzenia Chruszczowa na XXII Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego o okolicznościach obalenia Berii.

W rezultacie śledztwa podjętego przez MSW 19 grudnia 1961 r. aresztowano Hollanda. Holland nie ukrywał faktów i złożył obszerne zeznanie. Nie spodziewał się sankcji prokuratorskiej, myślał, że może go spotkać tylko kara partyjna za niedyskrecję. Tym bardziej wstrząsnęła nim wiadomość, że może grozić mu co najmniej 5 lat więzienia na podstawie drakońskiego dekretu o stanie wojennym. W takich warunkach doszło 21 grudnia 1961 r. do samobójczego skoku Hollanda z okna jego mieszkania podczas rewizji prowadzonej przez SB.

Przez wiele lat toczyły się spory wokół kulisów śmierci Hollanda. Niektórzy autorzy, tak jak np. Jerzy Eisler, głosili sugestie o zamordowaniu Hollanda. Badacz IPN Krzysztof Persak jednoznacznie przekreślił domniemania, w oparciu o materiały MSW, do których dotarł. Wskazał na złożone przyczyny samobójstwa Hollanda. W opinii Persaka (op. cit., s. 257): “Niewykluczone, że Holland poczuł się w pewnym sensie zdradzony przez kierownictwo partii, za której lojalnego członka nadal się uważał. Jego zachowanie w śledztwie było przejawem dyscypliny partyjnej, a mimo to został wydany w ręce aparatu bezpieczeństwa. Zapewne takie potraktowanie boleśnie ubodło też jego ambicję. Był egocentrykiem, zdaje się, ze skłonnością do narcyzmu. To, że z nim, starym komunistą i znanym publicystą partyjnym, postąpiono jak ze zwykłym obywatelem, musiało godzić w jego wysokie poczucie własnej wartości.

Aresztowanie i zarzut z art. 7 Małego Kodeksu Karnego oznaczały cios w plany życiowe Hollanda, który w 1962 r. miał wyjechać na atrakcyjne 6-miesięczne stypendium Fundacji Forda. Wszystko to miało teraz zostać przekreślone. Do tego doszła trudna sytuacja osobista po rozwodzie z I. Rybczyńską, poczucie osamotnienia i nasilenie choroby nerek”.

Początki kariery A. Holland
Samobójcza śmierć ojca musiała wycisnąć wielkie piętno na świadomości Agnieszki Holland. Można i trzeba docenić siłę jej przeżyć. Nie może to jednak oznaczać aprobaty dla bezkrytycznego wybielania przez nią ojca, który przez wiele lat był bezdusznym, zajadłym stalinowcem. Trudno pogodzić się również z jej atakami na Kościół, polskość i patriotyzm, które wcześniej już były atakowane przez jej ojca, począwszy od jego udziału w środowisku KPP – partii zdrady narodowej.

Początki kariery filmowej A. Holland przypadły na lata 70. – czas rozwoju tzw. kina moralnego niepokoju. Zrealizowała wówczas m.in. takie filmy jak: “Aktorzy prowincjonalni”, “Gorączka” i “Kobieta samotna”. Była cały czas ogromnie lansowana przez Andrzeja Wajdę. Już w latach 70. zaznaczył się w twórczości filmowej Holland bardzo silnie akcentowany feminizm, zwłaszcza w telewizyjnym filmie “Coś za coś” (1977 r.). Bohaterka filmu, pani docent, rezygnuje z posiadania dzieci, bo chce zrobić karierę.

W momencie wprowadzenia stanu wojennego, 13 grudnia 1981 r., Holland przebywała na Zachodzie. Zdecydowała się tam pozostać na stałe, co otworzyło nowy rozdział w jej karierze filmowej. Bardzo silnie została ona zdominowana przez komercyjność, dążenie do sukcesu kasowego za wszelką cenę, nawet z ewidentną szkodą dla prawdy. Nader często Holland dawała przy tym wyraz relatywizmowi, zacieraniu jasnych, precyzyjnych granic między dobrem a złem.

Zajadła niechęć do Kościoła katolickiego
W wypowiedziach, działaniach i twórczości Agnieszki Holland wciąż zaznaczała się wyraźna niechęć do religii, a w szczególności do Kościoła katolickiego. Jak pisała o niej Małgorzata Sadowska w tekście “Agnieszka Holland nie chodzi do kościoła” (“Przekrój” z 30 listopada 2006 r.): “Dorastała w ateistycznym domu (rodzice byli komunistami), pod wielkim wpływem mamy, która wiarę w życie pozagrobowe uważała za dowód słabości człowieka, który nie jest w stanie udźwignąć tragiczności swojej kondycji. Zaś od ojca pochodzącego z zasymilowanej żydowskiej rodziny, jak sama mówi, ‘żydowskiego dziedzictwa nie dostała w ogóle’”.

Nigdy nie miała żalu do rodziców, że nie wprowadzili jej w metafizyczną stronę świata.

“Mama wyposażyła mnie w system wartości na tyle spójny, atrakcyjny i szlachetny, że zawsze czułam, że mam silny kościec moralny czy życiowy. To była baza, dzięki której mogłam dokonywać później wolnych wyborów. Tymczasem w katolicyzmie, w jego często bezmyślnej obrzędowości, jest pewien rodzaj ułatwienia. Człowiek czuje się zwolniony z zadawania sobie pytań o sens własnego działania. Szczególnie w polskim Kościele koncepcja wolnej woli jest nieustająco kwestionowana przez praktykę (…)”.

Agnieszka Holland bardzo krytycznie przygląda się polskiemu wydaniu katolicyzmu. Jest przekonana, że przez słabość naszej “amatorskiej” wciąż demokracji Polacy są bardziej podatni na “szantaż religijnych wartości”. Polityków, którzy posługują się katolicyzmem jako maczugą, nazywa – parafrazując premiera Kaczyńskiego – “‘łże-chrześcijanami’. (…) A fakt, że w Polsce bardzo wielu księży, biskupów czy instytucji związanych z Kościołem, jak Radio Maryja, używa antysemityzmu jako broni religijno-politycznej, świadczy właśnie o ‘łże-chrześcijaństwie’”.

Usprawiedliwiając swe skrajne uprzedzenia do Kościoła katolickiego, A. Holland głosi, że jakoby została przez Kościół “odtrącona”, twierdząc:

“Księża, z którymi miałam do czynienia, nie chcieli mnie do Kościoła przyjąć. Nie wiem, czy ze strachu, że mogą mieć kłopoty, bo nie jestem pełnoletnia, czy dlatego – a w jednym wypadku na pewno dlatego – że byli antysemitami. Uważali, że skoro mój ojciec był Żydem, wyklucza mnie to z katolickiej wspólnoty”.

W swych wypowiedziach wielokrotnie atakowała katolicyzm, szczególnie mocno krytykując “polski katolicyzm”. W wywiadzie dla “Tygodnika Kulturalnego” z 23 lipca 1989 r. twierdziła, że “polska literatura (…) zawsze grzeszyła (…) katolicko-patriotyczną sztywnością”. W wywiadzie dla “Super Expressu” z 23-24 września 1995 r. wyznała: “Nie mam specjalnych sympatii ani dla katolicyzmu, ani dla Kościoła, ani tym bardziej dla kleru”.

W innym wywiadzie – dla “Wysokich Obcasów” z 23 grudnia 2006 r. zarzucała, że “polski katolicyzm był zawsze filozoficznie szalenie płytki, patriotyczno-polityczny, a nie teologiczny czy mistyczny”. W tymże 2006 r. demonstracyjnie dała szczególny wyraz swej wrogości do Kościoła poprzez sfotografowanie się w koszulce z napisem “Nie chodzę do kościoła”. “I trzeba przyznać, że to hasło doskonale na niej leżało” – komentowała dziennikarka “Przekroju” (nr z 30 listopada 2006 roku). Należała do osób najaktywniej atakujących słynny film Mela Gibsona “Pasja” za rzekomy antysemityzm.

Antykatolickie fobie Agnieszki Holland znalazły bardzo wyraźne odzwierciedlenie w jej twórczości filmowej. Począwszy od filmu “Zabić księdza” (1988 r.), gdzie świadomie zdeformowała postać księdza Jerzego Popiełuszki i wyraźnie upiększyła postać jego esbeckiego mordercy. W filmie “Trzeci cud” (1992 r.) ukazała postać wątpiącego księdza. Zarówno w tym filmie, jak i w innych (m.in. “Julia wraca do domu”) Holland starała się upowszechniać ideologię New Age, służącą zastępowaniu religii przez wypełnianie przestrzeni duchowej i religijnej w społeczeństwach opisami zjawisk paranormalnych, rzekomych świeckich cudotwórcach, etc. W bretońskim domu A. Holland można znaleźć obrzędowe meksykańskie figurki i laleczki wudu – “o ich niebezpiecznej mocy Holland miała się ponoć osobiście przekonać” – pisała dziennikarka “Przekroju” (nr z 30 listopada 2006 roku).

Stosunek Holland do duchowieństwa dobrze ilustruje stwierdzenie, które wymknęło się jej w wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” z 25-26 listopada 2006 r.: “Interesują mnie ludzie dokonujący ekstremalnych wyborów życiowych. Terroryści, księża”. Zestawienie obok siebie terrorystów i księży jako “ekstremistów” to kolejny dość szczególny produkt mentalności Agnieszki Holland.

Współczucie dla mordercy z SB
Ateistka A. Holland, pełna niechęci do katolicyzmu, bez skrupułów sięgnęła po temat heroicznej śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, głównie dla celów komercyjnych. Celów bardzo wyraźnie odciskających swe piętno na twórczości filmowej A. Holland, w szczególności na jej filmach kręconych po pozostaniu na Zachodzie w grudniu 1981 roku. Przy tym nastawieniu A. Holland na komercję, nie mówiąc o jej zajadłej niechęci do Kościoła, nieważne były prawdziwe fakty o męczeństwie słynnego katolickiego księdza. W recenzji poświęconej filmowi Holland “Zabić księdza” Maciej Pawlicki pisał: “Centralną postacią filmu jest nie ofiara, ale kat, nie ksiądz Popiełuszko, ale jego zabójca, kapitan Piotrowski. Historia opowiedziana zostaje z jego punktu widzenia, przez jego decyzje i jego działania” (por. recenzja M. Pawlickiego “Zabić znaczy przegrać”, “Tygodnik Kulturalny” z 26 lutego 1992 roku).

Stefan Mucha w recenzji w tygodniku “Ład” (12 listopada 1989 r.), przedrukowanej z drugoobiegowego pisma młodych katolików “Nowa” (nr 5-6 z 1989 r.), również dał wyraz swemu bardzo krytycznemu stosunkowi do filmu “Zabić księdza”, pisząc m.in.: “Niestety, film nie podobał mi się od początku do końca. Raził, drażnił i denerwował, po prostu rozczarował. (…) Agnieszka Holland twierdzi, że po skończeniu filmu była bardzo zmęczona odpowiedzialnością przed wszystkimi: Watykanem, Polakami, księżmi, producentami i dystrybutorami. Skoro więc czuła się przede mną, jako Polakiem, odpowiedzialna, to mam prawo uważać, że lepiej, gdyby tego filmu nie zrobiła”.

Maciej Pawlicki w cytowanej już recenzji z filmu “Zabić księdza” tak konkludował, komentując skutki współpracy Holland z komercyjnymi producentami zachodnimi: “(…) Wyraźnie widać, że Holland wielokrotnie iść musiała na kompromisy, które niekiedy niebezpiecznie zbliżają się do granicy dobrego smaku”.

Ta skłonność do ciągłych wielkich kompromisów z komercją cechuje ciągle filmy Holland, choćby jej najbardziej okrzyczany film “Europa, Europa”, tworzony wyraźnie według różnych uproszczonych stereotypów. Obok ciekawej postaci głównego bohatera Szymona Perela, młodego Żyda ratującego się dzięki udawaniu Niemca i działającego w Hitlerjugend, obserwujemy obraz młodego Polaka – “antysemity”, który płaci w końcu śmiercią za swą antysemicką zajadłość i obraz dobrego Niemca. W “Przeglądzie Tygodniowym” z 29 marca 1992 r. komentowano film “Europa, Europa” jako kolejny dowód na to, że Agnieszka Holland “(…) idzie na bardzo poważne kompromisy z koniunkturalnie reagującym tzw. widzem masowym (…)”.

Komercyjne względy maksymalnie oddziaływały również na późniejsze filmy A. Holland. Nader typowy pod tym względem był jej głośny obraz “Kopia mistrza” (o Beethovenie). To maksymalny skok w komercję na użytek amerykańskiego widza.

Agnieszka Holland uparcie kontynuuje ataki na obecnie rządzącą elitę władzy za jej bardzo krytyczny stosunek do PRL. W wywiadzie dla “Polityki” z 2 grudnia 2006 r. stwierdziła, że “należałoby zrobić film o generacji, która spędziła całe życie w systemie, który następnie został całkowicie zanegowany. A więc również zostały zanegowane ich osiągnięcia, ich system wartości, codzienność, radości, smutki, wielkości i upadki. Wszystko zostało przekreślone”.

W tymże wywiadzie A. Holland ostro zaatakowała braci Kaczyńskich za ich krytyczny stosunek do patologii III Rzeczypospolitej, mówiąc: “Idźmy dalej, rok 1989, powstała nowa Polska. Przyszli Kaczyńscy i ten okres też zanegowali. Kolejne pokolenie dowiaduje się, że to, co robiło, nie miało sensu. Nic dziwnego, że ludzie są w depresji. Gospodarka się rozwija, jest więcej sklepów i więcej telefonów komórkowych, ale ich poczucie sensu zostało tak głęboko zranione, że nie wiem, jak można na tym budować zdrowe życie społeczne. Jeżeli bym robiła film na ten temat, to chciałabym pokazać, że każde życie ludzkie ma sens i wartość. To znaczy wrócić do zasad chrześcijańskich, o których nasi obecni czołowi politycy kompletnie zapomnieli. Zapomnieli, czego nauczała ich Ewangelia i czego nauczał ich ukochany papież, któremu stawiają pomniki. Dlatego nazywam ich łże-chrześcijanami”.

“Moczarowcy” w dzisiejszej elicie władzy?!
Agnieszka Holland najdalej posunęła się w swoich atakach na braci Kaczyńskich i innych obecnie rządzących polityków w wywiadzie udzielonym Romanowi Pawłowskiemu dla dodatku “Gazety Wyborczej” – “Wysokich Obcasów” z 23 grudnia 2006 roku. Ni mniej, ni więcej oskarżyła obecną ekipę rządzącą o “wątki endekoidalno-moczarowsko-gomułkowskie”, czyli o antysemityzm. Zarzucała, że atak na KPP jest dla Jarosława Kaczyńskiego tym samym, czym atak na syjonistów dla Gomułki. Do ataku na rządzących polityków wyraźnie zachęcił A. Holland dziennikarz “Wyborczej” R. Pawłowski, uskarżając się w skierowanym do reżyserki pytaniu na tropienie spadkobierców Komunistycznej Partii Polski (KPP) przez J. Kaczyńskiego (przypomnijmy, że w obecnej “Wyborczej” aż roi się od dzieci znanych KPP-owców!).

Odpowiadając na pytanie Pawłowskiego, A. Holland stwierdziła m.in.: “Jest mi bardzo przykro, że najobrzydliwsze polskie wady powracają i mają taki oddźwięk w społeczeństwie. (…) Wątki endekoidalno-oenerowskie, moczarowsko-gomułkowskie, które pojawiają się w dzisiejszej elicie władzy, są mi obce, wstrętne. (…) Żydzi to niezręczny temat dla polityków, nie używa się go wprost, chociaż jeśli się powie ‘KPP’, to za tym idzie skojarzenie z Żydami. KPP w kontekście wypowiedzi premiera znaczy to samo, co syjoniści za Gomułki. Nie mówiąc o tym, że promowanie ojca Rydzyka daje placet dla antysemityzmu”.

W dalszym ciągu wywiadu dla “Wysokich Obcasów” Holland oskarżyła obecne rządy za rzekome przywrócenie autorytaryzmu w Polsce. Pocieszyła jednak czytelników, że “Powrót autorytaryzmu w Polsce nie zagraża równowadze światowej”.

Oskarżając rządzącą dziś w Polsce prawicową ekipę stwierdziła, że: “Politycy sami sobie przyprawiają niebezpieczną gębę, która burzy zaufanie społeczne do nich wszystkich, zniechęca ludzi do aktywności i poczucia współodpowiedzialności za kraj. Wszystko inne jest tego pochodną. I to, że elity nie reagują na ewidentnie skrajne i zbrodnicze poglądy, i to, że ludzie zamykają się w kręgu prywatnych spraw, i to, że wskaźnik wzajemnego zaufania jest w Polsce najniższy w Europie”.

Jedną z najbardziej skandalicznych części wywiadu z tropicielką “polskiego antysemityzmu” był fragment poświęcony postaci nieżyjącego od dziesięcioleci proboszcza z Jedwabnego ks. Józefa Kęblińskiego. Pawłowski zapytał: “Czy tematem na film może być historia proboszcza z Jedwabnego Józefa Kęblińskiego, świadka zagłady jedwabieńskich Żydów, których wymordowali jego parafianie? Zrobiłaby Pani o nim film z empatią?”. Przypomnijmy tu, że empatia to zdolność rozumienia i odczuwania stanów psychicznych innych ludzi, wczuwania się w ich przeżycia. Szokująco zabrzmiała odpowiedź A. Holland: “Dlaczego nie? Skoro można zrobić film z empatią o Adolfie Hitlerze”. Jakże pozbawione choćby cienia dobrego gustu, wręcz chamskie było to porównanie ks. J. Kęblińskiego z A. Hitlerem. Było to nikczemne poniewieranie pamięci o odważnym księdzu, który zasłużył się w ratowaniu Żydów w Jedwabnem (odsyłam tu do ciekawego wspomnienia senatora prof. Ryszarda Bendera o ks. J. Kęblińskim w “Głosie” z 2001 roku).

Jadowite napaści na rządzącą prawicę
Agnieszka Holland jest aż nadto typową wyznawczynią “moralności Kalego”. Wybielaczka komunizmu, z werwą usprawiedliwiająca stalinowską kolaborację swego ojca, tym chętniej wyżywa się w fanatycznych wręcz atakach na rządzącą prawicę. Swoją pozycję znanej w skali międzynarodowej reżyserki filmowej nadużywa dla mentorskich bluzgów nienawiści przeciw obecnym elitom władzy.

Symptomatyczny pod tym względem był fanatyczny, pełen antyprawicowych i antynarodowych fobii wywiad z Holland zamieszczony w “Rzeczpospolitej” z 25-26 listopada 2006 roku. Wywiad iście po orwellowsku zatytułowany “Oczyścić się z nienawiści”, choć słowa te powinny dotyczyć przede wszystkim opanowanej przez dziką nienawiść reżyserki (wywiad, którego szczególnie powinna się wstydzić “Rzeczpospolita” za nagłośnienie takiej porcji fanatyzmu i jątrzenia).

Oto kilka, jakże typowych fragmentów z zajadłego słowotoku Agnieszki Holland:

“(…) Jednak osobiście wyższy stopień irytacji osiągam, gdy śledzę głupotę polskiej polityki i zachowania ludzi, którzy psują mój kraj. (…) W Polsce widzę pana Kaczyńskiego, który po wyborach zaczyna swoją wypowiedź od słów: ‘Mimo niespotykanych ataków na nas, mimo nagonki…’. Tak mówi człowiek, który ma pełną władzę nad mediami, przynajmniej tymi publicznymi, dominującymi. Nie potrafi powiedzieć: ‘Może zrobiliśmy jakiś błąd, może ludzie nas nie zrozumieli…’. Zamiast tego następuje bluzg. Przeraża mnie ten rodzaj arogancji i brak szacunku dla innego człowieka. Przeciwnik polityczny nie jest przecież wrogiem (…). Sami te autorytety, w jakie zresztą nigdy nie byliśmy bogaci, zabijamy. Ale jeśli przygotowuje się nagonki na ludzi, którzy tak wiele zrobili dla Polski na niwie społecznej, patriotycznej i artystycznej, to czego można się spodziewać? (…) Dlaczego całą elitę kraju niszczą demokratycznie wybrane władze? Jak można nazwać inteligencję łże-elitą? (…)”.

Najskrajniejszą chyba bzdurą wypowiedzianą przez Holland w cytowanym wywiadzie jest jej stwierdzenie, że w Polsce

“(…) pejzaż mentalny jest okropny. Nie mogę się pogodzić z tym, że w moim kraju wprowadza się do życia publicznego język nienawiści, pomówień i kłamstw, jakiego nigdy przedtem tu nie było. I nie ma nigdzie w cywilizowanym świecie. Kiedy przyjeżdżam do Warszawy, włączam telewizor i słucham debat polskich polityków, to – z miłym wyjątkiem trzech kandydatów na prezydenta Warszawy – włosy mi się na głowie jeżą. Brutalne ataki, całkowity brak odpowiedzialności za słowo, straszna forma. We Francji debaty polityków odbywają się na innym poziomie. W Stanach też”.

Nader celnie wypunktował te idiotyczne pomówienia Holland Stanisław Michalkiewicz w felietonie zamieszczonym w “Naszej Polsce” z 5 grudnia 2006 r., pisząc:

“Wróćmy jednak do rozkazu oczyszczenia się z nienawiści. Agnieszka Holland twierdzi, że w Polsce do życia publicznego wprowadza się język nienawiści, pomówień i kłamstw, jakiego nigdy przedtem nie było. No proszę: nigdy przedtem. A więc języka nienawiści, pomówień i kłamstw nie było ani za Stalina, ani za Gomułki, ani za Gierka, ani za Urbana w stanie wojennym? Najwyraźniej, bo czy te oczy mogą kłamać? Agnieszka Holland jest przecież dużą dziewczynką, co to nawet Stalina jeszcze nieźle pamięta, więc wie, co mówi. A mówi, właściwie naucza, że przeciwnik polityczny nie jest przecież wrogiem. Tak samo pewnie uważał też jej ojciec, Henryk Holland, który w okresie stalinowskim wypisywał po gazetach artykuły grzmiące przeciwko zaplutym karłom reakcji. To była rycerska rywalizacja, rodzaj dobrotliwego przekomarzania, a prawdziwa nienawiść przyszła dopiero teraz, z Kaczyńskimi, co to w zuchwałości swojej podnieśli rękę nawet na razwiedkę”.

Można podziwiać “kunszt” manipulacji, z jaką A. Holland przeciwstawia potępianym przez siebie “niecywilizowanym” Kaczyńskim i innym prawicowym politykom Jolantę Kwaśniewską jako odpowiedni wzorzec dla Narodu. Według Holland, właśnie “Pani Kwaśniewska okazała pewną klasę, elegancję i umiarkowanie”. Zgodzić się tu znów trzeba z komentarzem red. S. Michalkiewicza:

“(…) Szkoda, że Agnieszka Holland nie powiedziała, kiedy to wszystko pokazała. Czy umiarkowanie w okresie uwłaszczania nomenklatury, czy klasę podczas biesiad z panami Żaglem, Kuną i lobbystą Dochnalem? Dobrze byłoby wiedzieć takie rzeczy dokładnie, żeby omyłkowo nie okazać umiarkowania, dajmy na to, przy Żaglu, a znowu klasy – przy przekształceniach własnościowych”.

Wśród kłamstw zawartych w wywiadzie A. Holland znajdujemy oskarżenie pod adresem rządzących polityków: “Jak można opluwać Miłosza, Kuronia, Herberta? Ilu takich ludzi mamy? To jest podcinanie gałęzi, na której samemu się siedzi”. Oskarżenie było wyraźnie skierowane pod złym adresem. Nikt z rządzących teraz polityków nie atakował Miłosza czy Kuronia, choć wiele z ich poczynań i oświadczeń zasługiwało nieraz na bardzo ostrą krytykę. Obrzydliwym pomówieniem zaś jest przypisywanie prawicy opluwania Herberta. Wielkiego poety konsekwentnie opluwanego przez “czerwonych” i “różowych”. Przypomnijmy tu choćby sławetnego chuligana pisarza Tomasza Jastruna, który oskarżył już nieżyjącego i niemogącego się bronić poetę o rzekomą ciężką chorobę psychiczną. To “różowi” i “czerwoni” lewacy z uporem blokowali pokazanie w telewizji słynnego filmu Jerzego Zalewskiego o Zbigniewie Herbercie, głównie z powodu jego bardzo ostrych i zasłużonych słów na temat Miłosza i Michnika. To śledcze dziennikarki “Wyborczej” Anna Bikont i Joanna Szczęsna “popisały się” 29 kwietnia 2000 r. obrzydliwym pomówieniem pod adresem Z. Herberta – w rozmowie z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim.

Wybielając PRL i komunizm, A. Holland atakuje rządzącą prawicową elitę za skrajny krytycyzm wobec upadłego systemu, uskarżając się:

“(…) życie kilku generacji, których młodość i dojrzałość przypadła na czas PRL, zostało zanegowane. Nagle wszystko, co ludzie tam osiągnęli, zostało odarte z jakiejkolwiek wartości. To potworna kontuzja. A ten stan przeciąga się, bo teraz politycy negują wartości następnych kilkunastu lat. (…) Każda kolejna ekipa neguje wszystko, co było przedtem. Na takiej podstawie nie da się budować niczego mocnego”.

Wkrótce potem A. Holland przechodzi do ataku Radia Maryja i jego słuchaczek, stwierdzając: “Irytuje mnie polityka ojca Rydzyka, dziwię się fanatyzmowi ‘moherowych beretów’, ale nie mogę patrzeć na tych ludzi jak na jakieś insekty”.

Jakże cynicznie brzmi po obelgach A. Holland pod adresem rzekomego fanatyzmu “moherowych beretów” jej uspokajające stwierdzenie, że jednak “nie może patrzeć na tych ludzi jak na jakieś insekty”! Trudno w tym kontekście nie zgodzić się z wymową ironicznego komentarza red. S. Michalkiewicza w “Naszej Polsce”:

“Czy już cała klasa widzi, jaka szlachetna i wzniosła jest Agnieszka Holland? Takie poświęcenie wypada docenić, zwłaszcza kiedy zrozumiemy, że wymaga ono powściągnięcia instynktownej skłonności. W takiej sytuacji jasne jest, że nie wypada już pytać, dlaczego właściwie polityka ojca Rydzyka jest taka irytująca, na czym polega fanatyzm moherowych beretów i co w nim takiego złego, bo każdy chyba rozumie, że wobec Agnieszki Holland powinno przepełniać nas już tylko uczucie głębokiej wdzięczności. Ileż to trudu włożył Stalin i Berman, żeby nauczyć nas tolerancji, ileż kości nałamał Różański z Fejginem, ileż płomiennych artykułów napisał Holland, a ciemna masa po staremu nic nie może zrozumieć, że tolerancja polega przecież na tym, żeby Giertycha nie wpuszczać do szkoły pod żadnym pozorem, że w porządnej szkole tylko mełamedzi…”.

“Polska nie jest Europą”
Skrajna tropicielka rzekomego “polskiego antysemityzmu” Agnieszka Holland znana jest z równoczesnego ciągłego nagłaśniania skrajnie negatywnych uogólnień na temat Polski i Polaków. Przeglądałem sporą porcję wywiadów A. Holland dla różnych polskich czasopism i gazet i nigdzie nie znalazłem w nich nawet jednego dobrego zdania na temat Polaków i w ogóle spraw polskich. Tym więcej było tam za to przeróżnych skrajności i fałszywych uogólnień, piętnujących przeróżne polskie zachowania i cechy Polaków. Oto kilka typowych przykładów z wynurzeń tak nagłaśnianej reżyserki filmowej.

W wywiadzie dla “Tygodnika Kulturalnego” z 23 lipca 1989 r. Holland stwierdzała:

“Muszę przyznać, że irytuje mnie w polskiej kulturze łatwość, z jaką przychodzi jej eksterioryzacja zła, jej skłonność do obarczania odpowiedzialnością za zło zawsze kogoś z zewnątrz. Ma to konsekwencje we wszystkich dziedzinach życia, także i w sztuce (…). Nieprzyjmowanie na siebie współodpowiedzialności za istniejące zło mści się również w życiu codziennym. Polacy tak się już zżyli z myślą, że winni są INNI – Rosja, komuniści, dziejowe fatum – że stali się niemal niezdolni do stwierdzenia, że robią coś źle, i że powinni robić to lepiej (…). Myślę, że jeśli brać pod uwagę tę specyficznie polską ucieczkę przed odpowiedzialnością i kompletną ruinę etosu pracy, to można powiedzieć, że Polska nie jest Europą”.

Jakże podobnie A. Holland atakowała rzekome negatywne cechy Polaków w późniejszym o 17 lat wywiadzie, udzielonym w grudniu 2006 r. dodatkowi “Gazety Wyborczej” – “Wysokim Obcasom”. Stwierdzała, tam m.in.:

“Polacy mają pewną skłonność do niedojrzałości (…). Łatwo ich zmanipulować ideologicznie. Już kilka razy za to zapłaciliśmy wysoką cenę i płacimy do dzisiaj (…). Polacy nie mieli siły, żeby skonfrontować się ze złem w sobie. Zawsze to zło było eksterioryzowane, zawsze zły był inny, czy to byli Rosjanie, Niemcy, komuniści, czy Żydzi. Teraz się do tego wraca, ekipa PiS trafnie wyczuła, że Polacy są strasznie zmęczeni i mają potrzebę uproszczenia świata i dowartościowania siebie samych. Jedyny sposób to eksterioryzować zło. Ostatnio te kompleksy się wręcz legalizuje, na przykład wprowadzając absurdalny i haniebny artykuł do nowej ustawy lustracyjnej, przewidujący karę więzienia za ‘publiczne pomawianie narodu polskiego o zbrodnie’ (…)”.

Cytowane wyżej kłamliwe stwierdzenia Holland są wprost absurdalne. Wprost szokuje oskarżanie Polaków o to, że dają się “łatwo zmanipulować ideologicznie”. Nonsensu tego typu oskarżeń najlepiej dowodzi fakt, że właśnie Polacy dali dużo więcej przykładów oporu przeciwko zniewoleniu komunistycznemu niż jakikolwiek inny naród w Europie i w świecie. Przypomnijmy tylko takie fakty, jak zbrojny opór niepodległościowego podziemia przeciw komunizmowi w latach 1944-1947, powstanie poznańskie w czerwcu 1956 r., październik 1956 r., wystąpienia w Nowej Hucie i szeregu innych miast polskich w obronie kościołów na początku lat 60., bardzo szeroka skala wystąpień w obronie Kościoła katolickiego z okazji Milenium w 1966 r., manifestacje studenckie 1968 r., bunt robotników Wybrzeża w 1970 r., protesty robotnicze 1976 r. w Radomiu i Ursusie, 16-miesięczna epopeja “Solidarności” w latach 1980-1981, strajki robotnicze 1988-1989.

Odnośnie do innych zarzutów A. Holland zapytajmy, czy naprawdę trzeba przypominać, że Polacy mieli aż nadto uzasadnione prawo do winienia zaborców za swe krzywdy w ciągu 123 lat niewoli, a nie mieli prawa do oskarżeń Niemców i Sowietów za popełnione na nas zbrodnie? Atakowany przez Holland jako haniebny artykuł ustawy lustracyjnej jest wręcz konieczny w sytuacji, gdy nasilają się coraz mocniej różnego typu antypolskie oszczerstwa w stylu M. Safjana, A. Całej czy M. Cichego.

Dodajmy, że A. Holland do znudzenia powiela swe negatywne uogólnienia o Polakach. W wywiadzie dla “Rzeczpospolitej” z listopada 2006 r. znów uskarżała się, że: “Polacy zawsze mieli skłonność do zrzucania winy na innych i nieprzyjmowania odpowiedzialności za własne decyzje”.

W ostatnich latach A. Holland wyraźnie zwiększyła swe ingerowanie w sprawy tak wyraźnie nielubianego przez nią kraju. Na przykład wsławiła się mało chlubnym współudziałem w proteście kilku osób sprzeciwiających się wzniesieniu przy placu Grzybowskim w Warszawie pomnika ofiar ludobójstwa dokonanego przez Ukraińską Powstańczą Armię na Kresach Wschodnich. Dla Holland i współuczestników tego niesławnego protestu (m.in. B. Geremka i znanego z antypatriotycznego fanatyzmu “chorego z nienawiści” Tomasza Jastruna), za pomysłem wzniesienia pomnika kryje się intencja “szerzenia nienawiści”. Jakoś nikt nie zarzuca tego typu intencji rozlicznym pomnikom w różnych krajach świata ku czci żydowskich ofiar holokaustu, ponieważ byłoby to od razu uznane za coś obłędnego. Tylko Polaków dziwnie atakuje się za chęć upamiętnienia ofiar popełnionego na nich ludobójstwa.

Upowszechniając w swych wywiadach skrajnie uczerniony obraz Polski i Polaków, Holland dziwnie zapomina, że została wylansowana najpierw w Polsce i właśnie tym tak atakowanym przez nią Polakom zawdzięcza swe pierwsze docenienie, zanim została zauważona w świecie. Dosadnie przypomniała o tym Holland i innym “zniesmaczonym polskimi barbarzyńcami” twórcom publicystka Teresa Kuczyńska, pisząc w tekście “Twórcy na kozetce Freuda” (“Tygodnik Solidarność” z 8 grudnia 2006 r.): “Wszyscy polscy twórcy, którzy robili i robią kariery za granicą, najpierw zdobyli uznanie i sławę w kraju. Uznanie tych rodaków, którymi tak gardzą. (…) Zatem panie i panowie twórcy, którzy tak wybrzydzacie na ten kraj, na rodaków. Jeżeli tak plujecie w nich, to plujecie na samych siebie. Bo to oni zrobili z was tych, którymi jesteście. Uznanych pisarzy, malarzy, reżyserów”.

Warto przypomnieć tu dość szczególne uzasadnienie A. Holland, dlaczego nie zamierza wrócić do Polski z Francji, gdzie mieszka od 1981 roku. Holland tłumaczyła swą niechęć do powrotu tym, że parę rzeczy przeszkadza jej w Polsce “w sposób dojmujący”. A konkretnie: “Przeszkadza mi antysemityzm oraz głupota, cynizm i korupcja polityków”. Przypomnijmy więc, że we Francji wcale nie brakowało i nie brakuje korupcji polityków (vide słynna historia samobójstwa premiera Beregovoya, przyłapanego na korupcyjnej aferze, czy pośmiertnie ujawnione nieczyste sprawki jeszcze sławniejszego prezydenta Mitteranda). Co się zaś tyczy antysemityzmu, to we Francji jest on bez porównania większy niż w Polsce (zaznaczył to niedawno b. ambasador Izraela w Polsce Szewach Weiss), jest on nawet chyba najsilniejszy w całej dzisiejszej Europie.

Dobrana “rodzinka”
Skłonność do szukania głównie ciemnych cech u Polaków wyraźnie podziela również siostra Agnieszki Holland – reżyser filmowy Magdalena Łazarkiewicz. Już przed laty napisała na zamówienie niemieckiego (!) producenta Arthura Braunera scenariusz filmu “Pogrom”, opartego na wydarzeniach zbrodni kieleckiej z 4 lipca 1946 roku. Oczywiście scenariusz ten był jak najdalszy od przypomnienia roli faktycznych NKWD-owskich i ubeckich sprawców tej komunistycznej zbrodni. Magdalena Łazarkiewicz znana jest również z szukania komercyjnego rozgłosu za wszelką cenę. Słynny był kiedyś jej pomysł na promocję jednego ze swych filmów za pomocą nagłośnienia w ramach reklamy krótkiego fragmentu, nacechowanego ordynarną, obsceniczną erotyką. Kilka stacji telewizyjnych, skądinąd dalekich od prawicy, odrzuciło wymyśloną przez M. Łazarkiewicz reklamę, uznając ja za pornograficzną i wyzutą z wszelkiego gustu.

Do fobii córek Hollanda wyraźnie dostosował się swymi poglądami również mąż Magdaleny Łazarkiewicz – reżyser Piotr Łazarkiewicz. W 1995 r. P. Łazarkiewicz z werwą dołączył się do nagonki na program W. Cejrowskiego “WC Kwadrans”, w sposób szczególnie agresywny oskarżając go o krzewienie ideologii faszystowskiej. Jako członek Rady Nadzorczej Telewizji Polskiej SA Łazarkiewicz skierował 10 marca 1995 r. do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji list, którego główne myśli cytuję niżej za artykułem red. Stanisława Michalkiewcza: “Ciemnogród – Jasnogród” (“Najwyższy Czas”, nr 8 z 1996 roku): “Wojciech Cejrowski lży i wyśmiewa ludzi o innych niż on poglądach (…). Ulubionym celem prześmiewczych ataków Cejrowskiego są wybrane doniesienia z prasy, głównie zagranicznej – opisujące wszelkiego rodzaju zdarzenia wykraczające poza mentalność kołtuna (…). Co stoi za ‘WC Kwadransem’? Mentalność szeroko rozumianego kołtuna (…) tego samego, który jest zawsze wrogiem postępu (…) tego, który sprawia, że ciągle jeszcze istnieją wielkie połacie Ciemnogrodu (…). ‘WC Kwadrans’ budzi moje najgłębsze oburzenie i wywołuje odrazę. Nie mogę pojąć, jak to możliwe, by w Telewizji Polskiej pojawiła się audycja, której prowadzący w jawny sposób propaguje ideologię f…” (wykropkowanie S. Michalkiewicza).
Atak Piotra Łazarkiewicza na Wojciecha Cejrowskiego został wsparty przez wystosowany również do KRRiT list jego syna Antoniego Łazarkiewicza wraz z 60 podpisami uczniów i nauczycieli liceum, do którego uczęszczał.
Przypomnijmy tu, że Cejrowski zareagował na napaść P. Łazarkiewicza skierowaniem sprawy do sądu. W pierwszej instancji Łazarkiewicz został skazany wyrokiem nakazującym mu przeproszenie Cejrowskiego za “obraźliwe słowa i nieprawdziwe zarzuty”. Sprawa ciągnęła się jednak dalej w różnych instancjach i ostatecznie zakończyła uwolnieniem Łazarkiewicza od zarzutów dzięki “odpowiedniej” prawno-politycznej decyzji Sądu Najwyższego.
Podobnie jak żona i szwagierka P. Łazarkiewicz również stara się maksymalnie demaskować rzekomy “polski antysemityzm”. Nakręcił w tym celu m.in. film “W środku Europy” na temat pogromu Żydów w miasteczku na wschodzie Polski. W innym filmie “Polowanie na czarownice” Łazarkiewicz piętnował rzekomo “szalejącą” (jak twierdził w dodatku do “Wyborczej”) na początku lat 90. w Polsce “dyskryminację i homofobię”. Łazarkiewicz “wyróżnił się” również gwałtownym wystąpieniem podczas tzw. Marszu Równości.

Kilka zdań na koniec
Henryk Holland został skrzywdzony i stał się ofiarą tego samego systemu totalitarnego, który współtworzył przez wiele lat, w imię którego sam krzywdził licznych ludzi. Śmierć Hollanda była jakże wielkim zrozumiałym dramatem jego najbliższych, co jednak nie może iść w parze z wybielaniem jego “dokonań” z przeszłości. Trudno pogodzić się z fanatycznymi fobiami, wyraźnie odziedziczonymi po H. Hollandzie przez jego córkę. Agnieszka Holland nie zdobyła się nigdy na spojrzenie z dystansem na stalinowskie poglądy swego ojca, tropiciela “wrogów ludu”, ze szczególną zajadłością próbującego zrównać z ziemią dorobek filozofa prof. K. Twardowskiego za jego katolicką wymowę. Agnieszka Holland jest daleka od uznania przykrej prawdy, że jej ojciec, począwszy od swych związków z KPP – partią zdrady narodowej – poprzez powojenne unurzanie w stalinizm, reprezentował w istocie postawę godzącą w sprawy drogie przeważającej części Polaków. Antypolskie i antykatolickie fobie Agnieszki Holland stanowią mało chwalebną kontynuację niektórych fobii jej ojca.

Jerzy Robert Nowak

CDN

R - 11-09-2012, 13:47

Czerwone dynastie nadal rządzą



Czer­wo­ne dy­na­stie na­dal rzą­dzą i to nie tyl­ko w ra­dio i te­le­wi­zji, lecz tak­że w in­nych klu­czo­wych dla pań­stwa sek­to­rach – w go­spo­dar­ce, woj­sku, są­dow­nic­twie. To oni stwo­rzy­li „układ”. Gdy­by te ob­sza­ry ży­cia pu­blicz­ne­go nie zo­sta­ły przez „sta­li­nię­ta” za­cho­wa­ne, a czę­sto po­więk­szo­ne, dziś ja­ko kraj by­li­by­śmy w zu­peł­nie in­nym miej­scu. Po­wiem wię­cej – po­li­ty­ka ja­ko ta­ka jest tu naj­mniej waż­na. My ży­je­my w pew­nej ułu­dzie, że u nas rzą­dzą po­li­ty­cy. Po­li­ty­cy są po­trzeb­ni do spra­wo­wa­nia re­al­nej wła­dzy przez in­nych. Ty­le ra­zy wy­szy­dza­ny „układ” ist­nie­je i tak na­praw­dę to on po­cią­ga dziś w Pol­sce za sznur­ki, na któ­rych koń­cu są po­li­ty­cy, rów­nież rzą­dzą­ce­go obec­nie ugru­po­wa­nia. To „układ” wy­bie­ra so­bie tych, któ­rzy ma­ją być na je­go pa­sku.



O sta­li­nię­tach w dzi­siej­szej Pol­sce i ich wpły­wie na kraj z Ta­de­uszem M. Płu­żań­skim – hi­sto­ry­kiem, dzien­ni­ka­rzem, au­to­rem książ­ki „Be­stie” roz­ma­wia­ła Al­do­na Za­or­ska

Jest Pan au­to­rem gło­śnej książ­ki „Be­stie” o nie­roz­li­czo­nych sta­li­now­skich zbrod­nia­rzach. Pa­na Oj­ciec zo­stał ska­za­ny na ka­rę śmier­ci ra­zem z rot­mi­strzem Wi­tol­dem Pileckim… Książ­ka po­wsta­ła ze wzglę­du na spra­wę Pa­na Oj­ca?

Nie tyl­ko. Na pew­no chcia­łem do­pro­wa­dzić do koń­ca hi­sto­rię Oj­ca, któ­ry o tych spra­wach nie mó­wił zbyt wie­le, ani w do­mu, ani wśród swo­ich stu­den­tów. Już po wy­da­niu „Be­stii” miałem kil­ka te­le­fo­nów od uczniów Oj­ca, któ­rzy by­li zdzi­wie­ni, że po woj­nie był re­pre­sjo­no­wa­ny, nic nie wie­dzie­li o po­wo­jen­nym śledz­twie, pro­ce­sie, wię­zie­niu. Mnie też najwyrażniej chciał przed ty­mi spra­wa­mi uchro­nić. Ale ja chcia­łem się do­wie­dzieć, kim by­li lu­dzie, któ­rzy pla­no­wa­li go za­mor­do­wać. Kto prze­słu­chi­wał, oskar­żał, ska­zy­wał. Ale nie tyl­ko w spra­wie Pi­lec­kie­go i Oj­ca, lecz tak­że w in­nych po­li­tycz­nych spra­wach sta­li­ni­zmu. Stąd mo­je ba­da­nia i książ­ka.

To wy­ma­ga­ło chy­ba spo­rej pra­cy, zwłasz­cza że wciąż bar­dzo ma­ło wia­do­mo o lu­dziach, któ­rzy stwo­rzy­li apa­rat ter­ro­ru ko­mu­ni­stycz­ne­go. Wie­lu z nich zmie­ni­ło na­zwi­ska, zaginęły ak­ta, na­wet zdję­cia… Te­mat jest nie­po­praw­ny po­li­tycz­nie, ale znacz­ną część apa­ra­tu ter­ro­ru sta­no­wi­li Ży­dzi…

Przy­kła­dem jest cho­ciaż­by Hen­ryk a wła­ści­wie Hersz Pod­la­ski. Po woj­nie zmie­nia­jąc imię na Hen­ryk zmie­nił też per­so­na­lia swo­ich ro­dzi­ców… I tak mat­ka Her­sza ze Szpryn­cy sta­ła się Sta­ni­sła­wą, a oj­ciec z Moj­że­sza – Mau­ry­cym. W ten spo­sób Pod­la­ski scho­wał swo­je po­cho­dze­nie, tak jak wie­le osób wstę­pu­ją­cych do po­wo­jen­ne­go apa­ra­tu re­pre­sji… Hen­ryk, czy­li Hersz Pod­la­ski, jest po­sta­cią o ty­le „cie­ka­wą”, że pra­wie w ogó­le nie­zna­ną, cho­ciaż to je­den z fi­la­rów sta­li­ni­zmu w Pol­sce. On był za­stęp­cą słyn­ne­go Sta­ni­sła­wa Za­ra­ko-Za­ra­kow­skie­go, na­czel­ne­go pro­ku­ra­to­ra woj­sko­we­go. I tu jest za­chwia­nie pro­por­cji. Bo oczy­wi­ście Za­ra­kow­ski był ka­tem, ale nie mniej­szym a cza­sa­mi o wie­le bar­dziej wpły­wo­wym był je­go zastępca. Przy­sła­ny ze Wscho­du Za­ra­kow­ski nie orien­to­wał się do­brze w pol­skich sto­sun­kach. On był „twa­rzą” tej pro­ku­ra­tu­ry, sam wie­lo­krot­nie oskar­żał, ale wła­ści­wym mó­zgiem był wła­śnie Pod­la­ski i to on po­cią­gał za sznur­ki. Miał du­żo więk­szą wie­dzę, ale był czło­wie­kiem cie­nia i mo­że dla­te­go hi­sto­ria go ma­ło zna…

I co się z nim sta­ło?

Po ‘56 ro­ku ślad po nim za­gi­nął. Współ­cze­śnie na te­mat te­go, co się z nim sta­ło, po­ja­wi­ło się kil­ka wer­sji. Pierw­sza jest ta­ka, że zmarł śmier­cią na­tu­ral­ną. To jed­nak ma­ło wiarygodne. Dziś moż­na z du­żą do­zą praw­do­po­do­bień­stwa po­wie­dzieć, że pan Pod­la­ski prze­pły­nął Bug i uciekł do ZSRS – je­go sio­stra wy­szła tam za wy­so­kie­go ofi­ce­ra NKWD. Nie wie­my, kie­dy zmarł. W Urzę­dzie Sta­nu Cy­wil­ne­go w Su­wał­kach, gdzie się uro­dził, do dziś nie ma in­for­ma­cji o je­go zgo­nie. Zresz­tą ta­kich „Hen­ry­ków Pod­la­skich” jest ca­łe mnó­stwo…

Pi­sząc „Be­stie”, prze­ana­li­zo­wał Pan ży­cio­ry­sy wie­lu z tych lu­dzi… Ilu sta­li­now­skich zbrod­nia­rzy jesz­cze ży­je?

Ja my­ślę, że w ska­li ca­łe­go kra­ju, po­mi­mo upły­wu wie­lu lat, jesz­cze trze­ba li­czyć tych lu­dzi w ty­sią­cach… Był to tak wiel­ki apa­rat, nie tyl­ko bez­po­śred­nie­go przy­mu­su – bezpieki, czy In­for­ma­cji Woj­sko­wej, lecz tak­że pro­ku­ra­tor­ski, są­dow­ni­czy, że w sa­mej w War­sza­wie tych sta­li­now­ców mo­że żyć jesz­cze kil­ku­dzie­się­ciu…

Ja­kieś na­zwi­ska?

Na przy­kład – krwa­wy pro­ku­ra­tor Ka­zi­mierz Graff, ma­ją­cy na su­mie­niu kil­ka­na­ście kar śmier­ci na pol­skich pa­trio­tów. Ży­je ka­pi­tan Ka­zi­mierz Gór­ski – głów­ny śled­czy gen. Fieldorfa. Eu­ge­niusz Chim­czak – funk­cjo­na­riusz UB, któ­ry oso­bi­ście ka­to­wał mo­je­go Ta­tę, miesz­ka na Mo­ko­to­wie. W Hru­bie­szo­wie z ko­lei za­stęp­ca na­czel­ni­ka wię­zie­nia mo­ko­tow­skie­go, Ry­szard Moń­ko. Ży­je jesz­cze Wła­dy­sław Ko­chan – je­den z sze­fów In­for­ma­cji WP. W III RP był wzy­wa­ny do są­du tyl­ko ja­ko świa­dek w spra­wie zbrod­ni swo­je­go pod­wład­ne­go. Za wła­sne zbrod­nie nie od­po­wie­dział ni­g­dy. Za gra­ni­cą – naj­słyn­niej­szym ży­ją­cym sta­li­now­skim zbrod­nia­rzem jest Ste­fan Mich­nik – przy­rod­ni brat Ada­ma Mich­ni­ka – sę­dzia woj­sko­wy. Ci wszy­scy lu­dzie to są po pro­stu mor­der­cy. Nie moż­na po­wie­dzieć, że sę­dzia Ste­fan Mich­nik jest mniej win­ny niż ja­kiś „śledź”, któ­ry tor­tu­ro­wał pod­czas prze­słu­chań. Za spra­wą je­go wy­ro­ków kil­ka osób po­szło do pia­chu, a in­ni le­d­wo się wy­wi­nę­li. Słusz­nie tych sę­dziów i pro­ku­ra­to­rów na­zy­wa się mor­der­ca­mi są­do­wy­mi.

Czy Pa­na zda­niem uda się ich po­sta­wić przed są­dem?

Tak po­win­no się stać, bo to są lu­dzie, któ­rzy do­pu­ści­li się zbrod­ni. W każ­dym cy­wi­li­zo­wa­nym kra­ju zło się po­tę­pia i ka­rze. A tym­cza­sem my ma­my ta­ki sys­tem, że to ofia­ry mu­szą przed są­dem udo­wod­nić, że by­ły ka­to­wa­ne, pod­czas gdy czło­wiek, któ­ry ich tor­tu­ro­wał bę­dzie bez­czel­nie za­prze­czał al­bo mó­wił, że wy­ko­ny­wał tyl­ko roz­ka­zy prze­ło­żo­nych. A prze­cież ta li­nia obro­ny nie uchro­ni­ła przed od­po­wie­dzial­no­ścią zbrod­nia­rzy nie­miec­kich. Nie po­win­na uchro­nić i na­szych ko­mu­ni­stów. Mo­im zda­niem szan­se na spra­wie­dli­wość są jed­nak co­raz mniej­sze. Z sa­mej spra­wy Pi­lec­kie­go w ostat­nich la­tach kil­ku mor­der­ców ode­szło – sę­dzio­wie, pro­ku­ra­to­rzy… Tak jak od­cho­dzi po­ko­le­nie bo­ha­te­rów, tak sa­mo od­cho­dzi po­ko­le­nie zbrod­nia­rzy. Przez 23 la­ta wol­nej Pol­ski nie uda­ło się ich osą­dzić. Nie mam złu­dzeń, że uda się to te­raz. Ma­ło te­go, więk­szość odej­dzie „w chwa­le” jak ober-zbrod­niarz Ana­tol Fej­gin. Wie­lu z nich jest po­cho­wa­nych na war­szaw­skich Po­wąz­kach Woj­sko­wych. Czę­sto z epi­ta­fia­mi w sty­lu „bo­ha­ter wal­ki z hi­tle­ry­zmem”, „puł­kow­nik” czy „ge­ne­rał WP”, „kom­ba­tant”, „spo­łecz­nik”, „wy­bit­ny praw­nik” czy „za­słu­żo­ny na­uko­wiec Ży­dow­skie­go In­sty­tu­tu Hi­sto­rycz­ne­go”, jak krwa­wy sę­dzia Leo Hoch­berg. Czę­sto – ja na „Łącz­ce” – spo­czę­li obok al­bo na­wet nad swo­imi ofiarami, któ­rych opraw­cy grze­ba­li, wrzu­ca­jąc do głę­bo­kich do­łów śmier­ci.

Mó­wi Pan bar­dzo od­waż­nie i bar­dzo bez­po­śred­nio. Nie boi się Pan? Czy po wy­da­niu „Be­stii” spo­tkał się Pan z per­so­nal­ny­mi ata­ka­mi?

Ow­szem… By­ły po­gróż­ki i wy­zwi­ska. Zda­rza­ły się te­le­fo­ny w sty­lu „zo­staw to, nie wty­kaj no­sa w nie­swo­je spra­wy, daj so­bie spo­kój, bo jesz­cze coś ci się przy­da­rzy, a w ogó­le to ty je­steś ko­mu­ni­sta” itd. W kil­ku przy­pad­kach wiem, kto dzwo­nił – ro­dzi­ny tych sta­li­now­ców. Cza­sem by­ły to głu­che te­le­fo­ny… To do­wo­dzi, że te spra­wy nie są tyl­ko hi­sto­rią. My ca­ły czas ży­je­my w świe­cie, gdzie funk­cjo­nu­ją dzie­ci, wnu­ki sta­li­now­ców i mo­gą się zde­ner­wo­wać, je­śli ktoś bę­dzie drą­żył te­mat zbrod­ni ich oj­ców i dziad­ków. Ale ja się nie bo­ję, uwa­żam, że mu­szę ro­bić swo­je. To mo­ja pa­sja, a za­ra­zem obo­wią­zek wo­bec za­mor­do­wa­nych i re­pre­sjo­no­wa­nych pa­trio­tów, żoł­nie­rzy wy­klę­tych, rów­nież mo­je­go Oj­ca. Trze­ba o tym mó­wić ca­ły czas, na­wet je­śli róż­nym sta­li­nię­tom się to nie po­do­ba…

No wła­śnie. Sta­li­now­scy mor­der­cy mie­li żo­ny i dzie­ci… Czy zmie­nia­jąc na­zwi­ska, chcie­li tyl­ko ukryć nie­po­lskie po­cho­dze­nie, czy cho­dzi­ło o coś wię­cej – za­bez­pie­cze­nie przy­szło­ści dzie­ci… Zresz­tą po­wszech­ne by­ło tak­że, że te dzie­ci ja­ko peł­no­let­nie też zmie­nia­ły na­zwi­ska… Ce­lo­wo?

Mo­im zda­niem wy­glą­da to nie tyl­ko na pró­bę za­bez­pie­cze­nia się przed kry­ty­ką, lecz tak­że za­bez­pie­cze­nie so­bie po­zy­cji w sa­mym apa­ra­cie bez­pie­ki. Je­że­li prze­śle­dzi­my jej hi­sto­rię, to wi­dać, że tam ele­men­tów an­ty­se­mic­kich nie bra­ko­wa­ło, rów­nież bez­po­śred­nio na Krem­lu i na Łu­bian­ce. Moż­na więc po­sta­wić te­zę, że zmie­nia­jąc na­zwi­ska, pierw­sze po­ko­le­nie sta­li­now­ców chro­ni­ło się nie przed Po­la­ka­mi, bo przed nim wła­ści­wie nie mu­sie­li. Wy­cho­dzi­li prze­cież z za­ło­że­nia, że „wła­dzy raz zdo­by­tej nie od­da­my ni­g­dy” i dys­po­no­wa­li sze­ro­kim apa­ra­tem ter­ro­ru ma­ją­cym na ce­lu utrzy­ma­nie spo­łe­czeń­stwa w ry­zach… Dla­te­go bar­dziej wska­zy­wał­bym na to, że by­ła to ochro­na przed „swo­imi”, że­by w ra­mach walk frak­cyj­nych ktoś kie­dyś nie wy­cią­gnął po­cho­dze­nia. Prze­cież to się spraw­dzi­ło w ’68 ro­ku, kie­dy za Go­muł­ki te spra­wy sta­ły się gło­śne… Do­pie­ro dru­gie po­ko­le­nie zmie­nia­ło na­zwi­ska, że­by ukryć swo­je zbrod­ni­cze ko­rze­nie… In­ny­mi sło­wy – Iza­ak Fle­isch­farb stał się Jó­ze­fem Świa­tło z in­nych po­wo­dów niż po­tem zmie­nia­ły na­zwi­ska je­go dzie­ci i wnu­ki…

Czy­li rok ’68 to nie wy­buch an­ty­se­mi­ty­zmu tyl­ko wal­ka o wła­dzę dwóch ko­mu­ni­stycz­nych frak­cji to­czo­na pod po­zo­rem zdję­cia „Dzia­dów” Dejm­ka?

Oczy­wi­ście, tak jak więk­szość na­szych paź­dzier­ni­ków czy grud­niów, prze­ło­mo­wych dla funk­cjo­no­wa­nia PRL-u, ale se­mic­kie po­cho­dze­nie by­ło świet­nym ar­gu­men­tem do po­zby­cia się po­li­tycz­ne­go kon­ku­ren­ta… Na­to­miast je­śli cho­dzi o zmia­nę na­zwisk, jest i dru­ga wer­sja – Sta­li­no­wi za­le­ża­ło na tym, że­by nie eks­po­no­wać ob­ce­go po­cho­dze­nia kie­row­nic­twa UB w Pol­sce. By­li to je­go lu­dzie, do­sko­na­le wie­dział, kim są, a chciał po­ka­zać, że jest to rdzen­na „pol­ska wła­dza”. Do KPP na­le­żał mar­gi­nes spo­łe­czeń­stwa, więc Sta­lin, przej­mu­jąc wła­dzę w Pol­sce, nie miał kadr. Stwo­rze­nie wra­że­nia, że Po­la­cy po­pie­ra­ją no­wą wła­dzę, to jed­no z wie­lu oszustw tam­te­go sys­te­mu. Ale zde­cy­do­wa­na więk­szość zna­ła praw­dę, wie­dzia­ła, że jest to dru­ga – so­wiec­ka oku­pa­cja. Dla­te­go np. by­ło tak wiel­kie po­par­cie dla żoł­nie­rzy wy­klę­tych w te­re­nie.

Rok ‘68 to tak­że bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ny mo­ment, kie­dy wie­le osób, dziś trak­to­wa­nych ja­ko au­to­ry­te­ty, któ­re od 1944 ro­ku grzecz­nie mil­cza­ły, któ­rym nie prze­szka­dza­ły po­ka­zo­we pro­ce­sy (a wręcz je po­pie­ra­li jak Ta­de­usz Ma­zo­wiec­ki pro­ces bi­sku­pa Kacz­mar­ka), strza­ły w Po­zna­niu w 1956 ro­ku, tor­tu­ry, aresz­to­wa­nia i ter­ror, na­gle prze­szło do opo­zy­cji…

Rze­czy­wi­ście. Śle­dząc ży­cio­ry­sy ka­dry kie­row­ni­czej bez­pie­ki, In­for­ma­cji Woj­sko­wej czy w ogó­le ca­łej wier­chusz­ki „par­tyj­no-pań­stwo­wej” i po­rów­nu­jąc je z na­zwi­ska­mi, któ­re się po­ja­wi­ły po­tem w tzw. opo­zy­cji de­mo­kra­tycz­nej, bar­dzo czę­sto za­cho­dzi dziw­na zbież­ność. Ta­kich osób by­ło na­praw­dę du­żo. My czę­sto pod wpły­wem dzi­siej­szej pro­pa­gan­dy trak­tu­je­my tę na­szą dro­gę do wol­no­ści ja­ko czy­sty, ni­czym nie ska­żo­ny akt. To błąd. Trze­ba pa­mię­tać, że ci opo­zy­cjo­ni­ści w du­żej mie­rze nie chcie­li żad­nej wol­no­ści czy tym bar­dziej – nie­pod­le­gło­ści. Oni tyl­ko re­wi­do­wa­li sys­tem. To by­ły wła­śnie dzie­ci sta­li­now­ców. Nie chcie­li do koń­ca iść dro­gą ro­dzi­ców – twar­de­go be­to­nu, za­mor­dy­zmu i ter­ro­ru, ale za­mie­rza­li da­lej dzia­łać w ra­mach tam­te­go sys­te­mu, bo by­li w nim i przez nie­go ro­dzin­nie i śro­do­wi­sko­wo ukształ­to­wa­ni. Je­śli mó­wi­my o na­szej opo­zy­cji i o na­szej dro­dze do 1989 ro­ku – bar­dzo du­ży wpływ mie­li w niej re­wi­zjo­ni­ści sta­li­ni­zmu, co skut­ko­wa­ło w Mag­da­len­ce i przy Okrą­głym Sto­le. Do­ga­da­li się z wła­dzą, bo w grun­cie rze­czy by­li z te­go sa­me­go pnia na­rzu­co­ne­go nam po woj­nie si­łą przez Sta­li­na.

A po­kło­sie te­go wciąż od­czu­wa­my. Na przy­kład ostat­nio po­ja­wi­ła się in­for­ma­cja, że re­dak­tor na­czel­ny jed­ne­go z wpły­wo­wych dzien­ni­ków jest wnu­kiem Ana­to­la Fej­gi­na. Praw­da czy krzyw­dzą­ca plot­ka?

Sły­sza­łem ta­ką wer­sję… Ale też dru­gą, że nie jest je­go wnu­kiem bio­lo­gicz­nym, że to by­ło bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne. Pro­blem z ta­ki­mi ro­do­wo­da­mi po­le­ga na tym, że czę­sto nie ma­my po­twier­dze­nia w do­ku­men­tach. A jak nie ma do­ku­men­tów, to trze­ba bar­dzo uwa­żać, że­by ko­muś nie wy­rzą­dzić wiel­kiej krzyw­dy.

Ale są przy­pad­ki, kie­dy „oskar­że­ni” nie za­prze­cza­ją „oskar­że­niom”… Pan Bar­tosz Wę­glar­czyk – ko­re­spon­dent „Ga­ze­ty Wy­bor­czej” w Mo­skwie, a dziś gwiaz­da TVN-u, nie za­prze­czył in­for­ma­cjom, że jest wnu­kiem Jó­ze­fa Świa­tło…

O tym nie wie­dzia­łem. Ale ta­kie przy­kła­dy ukła­da­ją się w cie­ka­wą cią­głość tych sa­mych – ko­mu­ni­stycz­nych ukła­dów w Pol­sce. Ja oczy­wi­ście ni­g­dy nie po­wiem, że dzie­ci od­po­wia­da­ją za ro­dzi­ców, bo tak nie moż­na te­go roz­pa­try­wać. Ale ma­my pra­wo wie­dzieć. Po­za tym jest jesz­cze po­waż­niej­sza spra­wa – trwa­ją­cych uwa­run­ko­wań ro­dzin­nych. Dzie­ci sta­li­now­ców do­ra­sta­jąc w oto­cze­niu wła­dzy, uwa­ża­ły, że ona w na­tu­ral­ny spo­sób na­le­ży się wła­śnie im. Dzi­siej­sza eli­ta w du­żej czę­ści to po­tom­ko­wie osób, któ­re kie­dyś przy­je­cha­ły z NKWD, zmie­nia­ły na­zwi­ska i wpro­wa­dza­ły w Pol­sce sta­li­now­ski ter­ror. Ma­my ta­kich lu­dzi i w po­li­ty­ce, i w go­spo­dar­ce, i w me­diach. O ich spo­so­bie my­śle­nia naj­le­piej świad­czą ich wy­po­wie­dzi o Pol­sce, pa­trio­ty­zmie… Czy nam się to po­do­ba, czy nie na po­glą­dy i po­sta­wy lu­dzi do­ro­słych wpły­wa wy­cho­wa­nie. Nikt nie kwe­stio­nu­je ge­ne­tycz­ne­go na­by­wa­nia cech fi­zycz­nych… Tak sa­mo ce­chy cha­rak­te­ru czy oso­bo­wo­ści też są dzie­dzi­czo­ne i wzmac­nia­ne wy­cho­wa­niem…

O któ­rym nie wol­no mó­wić. To­masz Lis, któ­ry gło­si, że na Za­cho­dzie prze­świe­tla się po­li­ty­ków, w Pol­sce do­pusz­cza prze­świe­tla­nie tyl­ko po­li­ty­ków jed­nej opcji. Nie wspo­mi­na­jąc w ogó­le o wła­snym oj­cu, cze­go też nie omiesz­ka­li mu wy­tknąć in­ter­nau­ci… Nie ma np. prze­świe­tle­nia ro­dzi­ny Alek­san­dra Kwa­śniew­skie­go. A prze­cież upar­cie krą­ży in­for­ma­cja, że je­go oj­cem nie był Zdzi­sław Kwa­śniew­ski, le­karz, tyl­ko Iza­ak Stolt­zman – sa­dy­stycz­ny ubek od­po­wie­dzial­ny za be­stial­skie tor­tu­ro­wa­nie i mor­do­wa­nie lu­dzi przez gdań­ski urząd bez­pie­czeń­stwa..

Je­śli cho­dzi o oj­ca Alek­san­dra Kwa­śniew­skie­go to są du­że wąt­pli­wo­ści, czy „ten” Stolt­zman, któ­ry bar­dzo ak­tyw­nie nisz­czył Po­la­ków w Gdań­sku, to ten sam Stolt­zman, któ­ry żył w Bia­ło­gar­dzie. W ogó­le nie ma pew­no­ści, czy Zdzi­sław Kwa­śniew­ski to ja­ki­kol­wiek Stol­zman, choć tak mó­wi­li i mó­wią o nim miesz­kań­cy mia­sta. Ale przy­sło­wio­wej „me­try­ki” nie ma. Szcze­rze mó­wiąc, bar­dzo wąt­pię, czy uda się to kie­dy­kol­wiek wy­ja­śnić. Mo­im zda­niem oso­by z dzi­siej­sze­go świecz­ni­ka nie do­pusz­czą do prze­pro­wa­dze­nia śledz­twa i wy­ja­wie­nia, co to są za lu­dzie i kim by­li ich ro­dzi­ce. To wła­śnie je­den z wy­ni­ków okrą­gło­sto­ło­we­go pak­tu. Efekt „gru­bej kre­ski” Ma­zo­wiec­kie­go i ochro­ny ży­cio­ry­sów lu­dzi naj­waż­niej­szych. Wła­śnie ta­kich, jak Alek­san­der Kwa­śniew­ski. Mu­sia­ła­by chy­ba wy­buch­nąć re­wo­lu­cja, że­by­śmy do­tar­li do praw­dy o uczest­ni­kach Okrą­głe­go Sto­łu.

Zwłasz­cza, że w chwi­li obec­nej na­wet ujaw­nio­na prze­szłość jest ba­ga­te­li­zo­wa­na, jak w przy­pad­ku Ada­ma Mich­ni­ka…

Któ­ry – jak czy­ta­my – wy­ta­cza pro­ces te­mu, kto ośmie­li się na­pi­sać, co ro­bił je­go oj­ciec Ozjasz Szech­ter. A prze­cież dzia­łał na za­chod­niej Ukra­inie w ra­mach tam­tej­szej (nie pol­skiej!) par­tii ko­mu­ni­stycz­nej. O tym, że pew­nych spraw le­piej „Ga­ze­cie Wy­bor­czej” czy Ago­rze nie przy­po­mi­nać prze­ko­nał się prof. Rym­kie­wicz a te­raz pro­ces z Mich­ni­kiem ma Ra­fał Ziem­kie­wicz, któ­ry na­pi­sał, że Mich­nik „ter­ro­ry­zu­je swo­ich kry­ty­ków po­zwa­mi są­do­wy­mi”. Ziem­kie­wicz mó­wi, że to za­kra­wa na hi­sto­rię z Mon­ty Py­tho­na.

Ro­bo­ta me­dial­nych sta­li­niąt?

Je­śli cho­dzi o pu­blicz­ne me­dia, to ma­my do czy­nie­nia z ca­łą ge­ne­alo­gią dzie­dzi­cze­nia miej­sca pra­cy. Zresz­tą więk­szość me­diów w Pol­sce jest kon­ty­nu­acją me­diów PRL-u. Jak wi­dzę, że zno­wu na sze­ro­kie wo­dy pol­skiej pu­bli­cy­sty­ki wy­pły­wa Je­rzy Urban czy Da­niel Pas­sent, to dla mnie jest to po pro­stu hań­ba. W ja­kich my cza­sach ży­je­my, że te oso­by za­bie­ra­ją głos ja­ko nor­mal­ni uczest­ni­cy de­ba­ty pu­blicz­nej? I jesz­cze są uwa­ża­ni za znaw­ców i men­to­rów, for­mu­łu­ją oce­ny – kto jest do­bry, a kto nie. Kto ma ra­cję, a kto nie. To jest nie­by­wa­łe…

Czy­li nic się nie zmie­ni­ło?

Ma­my tu do czy­nie­nia z pew­ne­go ro­dza­ju ana­lo­gią. Otóż – bar­dzo czę­sto pa­da ar­gu­ment, że wła­dza ko­mu­ni­stów w Pol­sce zo­sta­ła uzna­na przez więk­szość państw na świe­cie, że to był sys­tem le­gal­ny. To kłam­stwo. Ten sys­tem zo­stał opar­ty na dwóch fi­la­rach – re­fe­ren­dum i wy­bo­rach par­la­men­tar­nych – obu sfał­szo­wa­nych w wy­jąt­ko­wo bez­czel­ny spo­sób. A za­tem ta wła­dza nie mia­ła spo­łecz­nej le­gi­ty­ma­cji, nie zo­sta­ła wy­bra­na przez Po­la­ków. Nie moż­na więc trak­to­wać PRL-u ja­ko pań­stwa le­gal­ne­go. A dzi­siej­sza rze­czy­wi­stość jest ta­ka, że je­śli cho­dzi o pew­ne sche­ma­ty rzą­dze­nia, wra­ca­my do Pol­ski Lu­do­wej, a na­wet jej po­cząt­ków. Oczy­wi­ście wła­dza dziś jest le­gal­na, ale cho­dzi o sto­so­wa­ne przez nią me­cha­ni­zmy. Tak jak w pierw­szych la­tach sta­li­ni­zmu z prze­ciw­ni­ków po­li­tycz­nych ro­bio­no ban­dy­tów, szpie­gów i mor­der­ców, tak współ­cze­śnie ro­bi się oszo­ło­mów i wa­ria­tów. Róż­ni­ca le­ży w ję­zy­ku, na­zew­nic­twie. Ale me­cha­nizm jest na­sta­wio­ny na nisz­cze­nie sze­ro­ko po­ję­tej opo­zy­cji – po­li­tycz­nej, ar­ty­stycz­nej, in­te­lek­tu­al­nej, Ko­ścio­ła. Na­wet pro­ce­sy po­li­tycz­ne wró­ci­ły, choć nie ma dziś za­gro­że­nia ka­rą śmier­ci.

I to jest efekt tej wy­mia­ny po­ko­leń u wła­dzy przy za­cho­wa­niu cią­gło­ści po­glą­dów, kon­ty­nu­owa­nia dy­rek­ty­wy ze sta­nu wo­jen­ne­go?

Nie bez po­wo­du mó­wi się, że prze­łom w Pol­sce zo­stał bar­dzo grun­tow­nie przy­go­to­wa­ny. Ist­nie­ją wska­zów­ki, że głów­ne za­le­ce­nia po­cho­dzi­ły pro­sto z Mo­skwy. Prze­cież oczy­wi­ste jest, że sta­li­now­sko-ko­mu­ni­stycz­na eki­pa nie od­da­ła­by wła­dzy ot tak so­bie. Rok 1989 zo­stał du­żo wcze­śniej świet­nie za­pla­no­wa­ny po to, że­by prze­jąć wszyst­kie dzie­dzi­ny ży­cia. Oczy­wi­ście do­ko­op­to­wa­no tro­chę osób, głów­nie z tzw. kon­ce­sjo­no­wa­nej opo­zy­cji, wy­wo­dzą­cej się z te­go sa­me­go ko­mu­ni­stycz­ne­go śro­do­wi­ska, i zro­bio­no „prze­łom”. Czy­li ko­mu­ni­ści po­zor­nie od­da­li wła­dzę, a w rze­czy­wi­sto­ści za­pew­ni­li so­bie jesz­cze lep­szy byt, przy za­własz­cze­niu ma­jąt­ku na­ro­do­we­go, ale mó­wi­ło się, że prze­cież ma­my wol­ny ry­nek, de­mo­kra­cję, wol­ność sło­wa. Moż­na to na­zwać nie tyl­ko – za An­to­nim Dud­kiem – re­gla­men­to­wa­ną re­wo­lu­cją, lecz tak­że re­wo­lu­cją fa­sa­do­wą. Te wszyst­kie za­pew­nie­nia o od­cię­ciu ko­mu­ni­stycz­nej prze­szło­ści to kłam­stwa, a sło­wa o swo­bo­dzie de­mo­kra­tycz­nej to tyl­ko wy­try­chy. Czer­wo­ne dy­na­stie na­dal rzą­dzą i to nie tyl­ko w ra­dio i te­le­wi­zji, lecz tak­że w in­nych klu­czo­wych dla pań­stwa sek­to­rach – w go­spo­dar­ce, woj­sku, są­dow­nic­twie. To oni stwo­rzy­li „układ”. Gdy­by te ob­sza­ry ży­cia pu­blicz­ne­go nie zo­sta­ły przez „sta­li­nię­ta” za­cho­wa­ne, a czę­sto po­więk­szo­ne, dziś ja­ko kraj by­li­by­śmy w zu­peł­nie in­nym miej­scu. Po­wiem wię­cej – po­li­ty­ka ja­ko ta­ka jest tu naj­mniej waż­na. My ży­je­my w pew­nej ułu­dzie, że u nas rzą­dzą po­li­ty­cy. Po­li­ty­cy są po­trzeb­ni do spra­wo­wa­nia re­al­nej wła­dzy przez in­nych. Ty­le ra­zy wy­szy­dza­ny „układ” ist­nie­je i tak na­praw­dę to on po­cią­ga dziś w Pol­sce za sznur­ki, na któ­rych koń­cu są po­li­ty­cy, rów­nież rzą­dzą­ce­go obec­nie ugru­po­wa­nia. To „układ” wy­bie­ra so­bie tych, któ­rzy ma­ją być na je­go pa­sku. Na przy­kład obec­na ka­den­cja rzą­dów PO to już jest ta­kie cał­ko­wi­te wej­ście w ten układ biz­ne­so­wo-po­li­tycz­ny. O ile jesz­cze w cza­sie pierw­szej ka­den­cji po­li­ty­cy te­go ugru­po­wa­nia przy­naj­mniej uda­wa­li, że ma­ją ja­kieś wła­sne kon­cep­cje, idee, o ty­le te­raz na­wet nie pró­bu­ją. Ta­śmy PSL-u to pi­kuś w po­rów­na­niu z ogro­mem nie­pra­wi­dło­wo­ści -– tym przez ko­go i jak ten kraj jest rzą­dzo­ny. A jest rzą­dzo­ny przez wiel­ki biz­nes, czy­li daw­ną no­men­kla­tu­rę z bar­dzo sil­ny­mi po­wią­za­nia­mi na Wscho­dzie.

I to wszyst­ko za­słu­ga tyl­ko sta­li­niąt?

Nie tyl­ko. Pro­blem jest szer­szy, bar­dziej mię­dzy­na­ro­do­wy. Tak jak w cza­sie II woj­ny świa­to­wej eu­ro­pej­scy przy­wód­cy jak z jaj­kiem ob­cho­dzi­li się ze Sta­li­nem, tak dziś ob­cho­dzą się z Pu­ti­nem. Ca­ły czas ma­my do czy­nie­nia z tym sa­mym sche­ma­tem. Jak moż­na ocze­ki­wać po­tę­pie­nia ko­mu­ni­zmu, sko­ro na­sze eli­ty nie są w sta­nie po­wie­dzieć praw­dy o Pu­ti­nie, któ­ry w ewi­dent­ny spo­sób do te­go sys­te­mu na­wią­zu­je? I oprócz tych spraw ży­cio­ry­so­wych to wła­śnie jest za­sad­ni­czy pro­blem – pol­ska i eu­ro­pej­ska abo­li­cja dla ko­mu­ni­zmu. Ten sys­tem nie funk­cjo­nu­je ja­ko zbrod­ni­czy to­ta­li­ta­ryzm. Ow­szem, jest cza­sa­mi mo­wa, że ileś osób zgi­nę­ło, że by­ły pew­ne błę­dy i wy­pa­cze­nia, ale ma­ją prze­wa­żać suk­ce­sy – zwłasz­cza w od­bu­do­wie Pol­ski. Nie chce się pa­mię­tać o zbrod­niach po­li­tycz­nych, któ­re mia­ły prze­cież miej­sce na­wet pod ko­niec PRL-u, co świad­czy o tym, że ten sys­tem do koń­ca mor­do­wał. Nie moż­na zbyt gło­śno mó­wić o agen­tu­rze. Zwróć­my uwa­gę – dru­ga So­li­dar­ność po­wsta­wa­ła w cza­sie, kie­dy wie­lu dzia­ła­czy tej pierw­szej jesz­cze sie­dzia­ło w ośrod­kach in­ter­no­wa­nia. To nam po­ka­zu­je, jak moż­na opa­no­wać na­wet naj­pięk­niej­sze idee i kła­mać po­tem, że ma­my „wol­ną Pol­skę”.

Ma Pan żal do pań­stwa pol­skie­go za brak te­go roz­li­cze­nia, za dzie­ci sta­li­now­ców w naj­waż­niej­szych sek­to­rach?

Ja nie czu­ję po­trze­by ze­msty. Ja je­stem od te­go, że­by te spra­wy opi­sać, a nie że­by sta­wiać sta­li­now­ców przed są­dem, ale uwa­żam, że po­win­no to mieć miej­sce. Jesz­cze jest czas, że­by tych „szcze­gól­nie za­słu­żo­nych” uka­rać. Bo te­go wy­ma­ga ele­men­tar­na spra­wie­dli­wość. Ale pod­sta­wą jest naj­pierw uzna­nie tam­te­go sys­te­mu za zły. Je­że­li to się nie sta­nie, a na ra­zie na­sze pań­stwo nie uzna­je nie­le­gal­no­ści PRL-u i zbrod­ni PRL-u, to i szan­se na osą­dze­nie zbrod­nia­rzy są zni­ko­me. Sta­re ko­mu­ni­stycz­ne ukła­dy nie są za­in­te­re­so­wa­ne na­wet mó­wie­niem o tych spra­wach. Ci lu­dzie chro­nią swo­je ży­cio­ry­sy, swo­je tył­ki. I bę­dą to ro­bić….
Za: Warszawska Gazeta (24 sierp­nia 2012) (" Czerwone dynastie nadal rządzą")

Swierzb - 13-09-2012, 11:08

wszystko pięknie, ładnie ale te wszystkie ''rzekomo'' polacy to antysemici, ksenofobiczny narud :lol:
nie pszecież u nas wszyscy są tacy tolerancyjni, kohajom bliźniego swego jak siebie samego, a żydzi są uwielbiani i w ogule polactwo to wspaniałe społeczeństwo :twisted:
ale nas polakuf prawda w oczy kole...
a Ripo mam do Ciebie osobiste pytanie jeśli można?
z twoich wypowiedzi wynika rze gardzisz żydami to powiedz mi misiu dlaczego twoim idolem jest ŻYD adolf hitler?
nie pszeszkadza ci to?
jak można wielbić kogoś kto wydał rozkaz zniszczenia stolicy naszej ojczyzny? :shock:
nie wstyd Ci?

R - 13-09-2012, 12:32

Swierzb napisał/a:
z twoich wypowiedzi wynika rze gardzisz żydami to powiedz mi misiu dlaczego twoim idolem jest ŻYD adolf hitler?
Gardzę reprezentowaną postawą i mentalnością, Zaczynając od szaklowania Syna Bożego po przez szkalowanie Polaków do stawiania niesłusznych wyroków na inne nacje . Stawianie siebie w roli panów świata i wybrańców gardzę żydowskim rasizmem , który jest nie tylko biologiczny , kulturowy ale i mentalny. ZADAJ SOBIE PYTANIE KTO STWORZYŁ AH DLACZEGO GO LUDZIE POPARLI ? Co było przyczyną , a uzyskasz sam wiele odpowiedzi.
el_fanatico - 13-09-2012, 12:36

R napisał/a:
ZADAJ SOBIE PYTANIE KTO STWORZYŁ AH


Ten pan:



I ta pani:


R - 13-09-2012, 14:07

Tacy ludzie kreują opinie publiczną !!! Dalej twierdzicie że w Polsce nie ma drugiej płaszczyzny tej nieoficjalnej gdzie ubecy i ich dzieci kreują dzisiejsza rzeczywistość ? JESTEŚCIE NAIWNI ! Oto co znalazłem w sieci, a to tylko malutki wycinek polskiej rzeczywistości.
Rodowód Moniki Olejnik


Monika Olejnik – dziennikarka z ubeckim rodowodem


Ojciec

Tadeusz Olejnik

Katalogi IPN – kategoria:

Funkcjonariusze organów bezpieczeństwa PRL

Dane osoby z katalogu funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa

Imiona TADEUSZ

Nazwisko OLEJNIK

Nazwisko rodowe

Data urodzenia 08.12.1932

Imię ojca LEON

Imię matki JULIA

Miejsce urodzenia WARSZAWA



Komenda Stołeczna Milicji Obywatelskiej Warszawa

WYDZIAŁ "B", SEKCJA V KIEROWNIK - 01.04.1967 IPN BU 0242/669 (19996/V) akta osobowe

Komenda Stołeczna Milicji Obywatelskiej Warszawa

- Warszawa SŁUŻBA (Brak bliższych danych) W Milicji Oywatelskiej - 01.08.1970

MSW - Warszawa BIURO "B", WYDZIAŁ XIII STARSZY INSPEKTOR - 01.01.1987

MSW - Warszawa BIURO "B", WYDZIAŁ III ZASTĘPCA NACZELNIKA mjr 01.09.1987 31.05.1988

Monika Olejnik - ur. 21 listopada 1956 w Warszawie, współautorka wywiadu z Kiszczakiem, „człowiekiem honoru” w Gazecie Wyborczej.

Ukończyła XLVI Liceum Ogólnokształcące im. Stefana Czarnieckiego w Warszawie. Studiowała zootechnikę w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Ukończyła podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. Odbyła staż w Programie I Polskiego Radia w redakcji rolnej.

W stanie wojennym w 1982 rozpoczęła pracę w Programie III Polskiego Radia. Pracowała tam przez 18 lat.

Popularność przyniosły jej wywiady z politykami i postaciami życia publicznego w audycji Salon polityczny Trójki ( głównie z b. działaczami PZPR) . W drugiej połowie lat 80. była związana razem z mężem Grzegorzem Wasowskim z trójkową audycją Nie tylko dla orłów. Od stycznia 2001 pracuje w Radiu ZET, w którym prowadzi rozmowy z politykami w audycji Gość Radia ZET i niedzielnym programie Siódmy dzień tygodnia

W telewizji TVN prowadziła rozmowy w programie Kropka nad i. Od września 2004 do lipca 2006 była gospodynią programu publicystycznego Prosto w oczy w TVP1 ( zwolnił ją Bronisław Wildstein). Od 11 września 2006 ponownie prowadzi program Kropka nad i, tym razem na antenie TVN24.

W „Gazecie Wyborczej” razem z Agnieszką Kublik ( pierwszym cynglem „GW”) przygotowuje wywiady z cyklu Dwie na jednego. W 2007 ukazała się książka pod tym samym tytułem zawierające 25 wywiadów przeprowadzonych przez Olejnik i Kublik.

Liczę na pamięć blogerów, którzy wskażą na przykłady kariery MO ( zwłaszcza z lat 80 i początku lat 90.



********************************************

Dziennikarka związana jest z Gazetą Wyborczą , TVN , Radiem ZET, oraz radiową trójką PR. Wychowana w rodzinie ateistycznej. Olejnik Ukończyła XLVI Liceum Ogólnokształcące im. Stefana Czarnieckiego w Warszawie. Studiowała zootechnikę w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Ukończyła podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. Odbyła staż w Programie I Polskiego Radia w redakcji rolnej, jest laureatką wielu prestiżowych nagród.

Jej zmiana kierunku z rolniczego na polityczne dziennikarstwo nie wzięła się ot tak sobie, prawdopodobnie przyczynił się do tego jej ojciec , wysoki rangą oficer UB w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Fascynację mundurem Monika Olejnik przeniosła na czasy współczesne, o czym świadczą jej kontakty z ludźmi służb specjalnych.Trudno się dziwić uwielbieniu Olejnik dla ikon PRL-u, biorąc pod uwagę fakt, że została wychowana w komunistycznym kulcie wojska i służb specjalnych. Szczyt kariery jej ojca Tadeusza Olejnika, wysokiego funkcjonariusza MSW, nastąpił w latach 80-tych, w okresie rządów generałów Wojciecha Jaruzelskiego i Czesława Kiszczaka.

Wtedy ojciec poprzez swoje ubecko komunistyczne układy załatwił córce karierę dziennikarza. Najpierw umieścił ją w radiu, później w TV.Obecnie Monika Olejnik prowadzi program w TVN „Kropka nad i”. Warto dodać, że telewizja TVN powstała, jak udowodniono przed sądem, na zlecenie innych ubeków, Kiszczaka oraz mistrza kłamstwa, chamstwa i manipulacji medialnej Jerzego Urbana. Nowo powstałą stacją kierował Mariusz Walter, wywodzący się z podobnych kręgów co Olejnik. Przez pierwsze cztery lata prezesem telewizji był jej twórca Mariusz Walter. W lipcu 2001 jego obowiązki przejął syn Piotr Walter. Zalążek stacji powstał w 1997 r , skrót TVN – Telewizja Nowa lub „Telewizja Niezależna”.

Tak powiedział Lech Kaczyński do Moniki Olejnik po zakończonym programie w TVN ” Kropka nad i”

„Stokrotka, stokrotka, jest pani na mojej krótkiej liście, pożałuje pani tego, wykończę panią, nie obronią pani agenci służb specjalnych Walterowie”

Olejnik z tak wysoką protekcją, bardzo szybko została rozreklamowana i wywindowana na szczyty popularności w największych mediach kraju. Szefowie tych mediów otoczyli ją szczególną opieką i dali ciche przyzwolenie na bardzo cięte i ostre komentarze, m.in. pod adresem przedstawicieli opozycji-polskich polityków (PiS). Opozycja zarzuca Olejnik brak poszanowania etyki dziennikarskiej i stronniczość polityczną , chodzi tu o faworyzowanie Platformy Obywatelskiej. Nie dla się ukryć, że nie tylko Olejnik , ale i cały koncern medialny ITI, znany jest ze stronniczego ukierunkowania politycznego na jedną opcję polityczną jaką jest PO.

Wyniesioną z domu naukę, Monika Olejnik idealnie potrafi wykorzystać do zaskarbiania względów publiczności. W swoich wywiadach stosuje podchwytliwe sztuczki, często mające wydźwięk prymitywnego chamstwa i ciosów poniżej pasa. Dziennikarka cierpi też na fobię krytyki pod jej adresem, potrafi z zajadłą wściekłością atakować innych niezależnych publicystów i dziennikarzy. Nie ma w tym nic dziwnego, przecież Olejnik jako dziennikarz (pożal się Boże) , bez protekcji ubeckiej, dziś mogła by pisać bloga lub prowadzić forum internetowe. Jako przykład można przytoczyć, atak Olejnik na znienawidzonego przez nią Rafała Ziemkiewicza, który obsmarował ją za komentarz w Michnikowskiej „Gazecie Wyborczej” jak na łamach „GW” broniła gen. Wojciecha Jaruzelskiego.


http://freeisoft.pl/2010/...ckim-rodowodem/

Do artykułu wykorzystano przypisy

http://www.wolnapolska.pl...ygra-z-iti.html

http://www.naszdziennik.p...510&id=my11.txt

http://www.forum.michalki...php?f=10&t=6729


**********************************************


Monika Olejnik i Wikipedia

Czy Wikipedia kłamie? Owszem. W haśle „Monika Olejnik”podaje nieprawdziwe informacje.
Po pierwsze – nieprawdziwe nazwisko.
Po drugie – nieprawdziwą datę urodzenia.
Po trzecie – usuwa prawdziwą informację o ojcu.

Kolejno zatem.

Ad 1. Jakie jest rzeczywiste nazwisko Moniki Olejnik?

Faktem powszechnie znanym jest to iż Monika Olejnik była małżonką Pana Grzegorza Wasowskiego(informacji o tym nie pomija nawet Wikipedia). Z tego związku ma syna Jerzego Wasowskiego.

Idąc tym tropem postanowiłem wpisać w Google frazę „Monika Wasowska” Google szybko podpowiada zaś „Monika Wasowska Olejnik” ewentualnie „monika wasowska z d. olejnik”
Pani Olejnik czasami posługuje się nazwiskiem „Olejnik-Wasowska”

Przykład poniżej.

„Monika Olejnik: : A gościem Radia ZET jest lider SLD Grzegorz Napieralski, witam Monika Olejnik-Wasowska(...)”

Lub inny przykład tu

Jak zatem nazywa się nasza bohaterka?

Postanowiłem szukać dalej.

Odnalazłem stronę internetową Prezydenta RP, i czytam.
„W dniu 7 grudnia 2000 roku w Pałacu Prezydenckim, Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, za wybitne zasługi w długoletniej działalności radiowej odznaczył (…)
Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski odznaczeni zostali: (...) Monika Olejnik - Wasowska”

LINK:
http://www.prezydent.pl/a...iego-radia.html


Postanowiłem odszukać jeszcze oficjalny akt prawny o nadaniu orderu i tak odnalazłem
Postanowienie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 29 listopada 2000 r. o nadaniu orderów i odznaczeń. (Monitor Polski z dnia 8 lutego 2001 r ,nr 4 poz. 78 )
LINK 1 do Monitora Polskiego
LINK 2 do Monitora Polskiego



A tam pod numerem 41 czytam iż orderem została odznaczona … „Wasowska Monika Ewa”.
Żadnej Pani Olejnik czy Olejnik-Wasowskiej nie ma.

Wasowska Monika Ewa– takie jest oficjalne i prawdziwe nazwisko i imiona osoby znanej powszechnie jako Monika Olejnik vel Monika Wasowska-Olejnik vel Monika Olejnik-Wasowska.

Zwracam uwagę na fakt że powyższe dane osobowe są z OFICJALNEGO(!) Dziennika Urzędowego Rzeczypospolitej Polskiej a nie z jakiejś przypadkowej strony internetowej.
Oczywiście Pani Wasowska ma prawo przedstawiać się jak się jej żywnie podoba w tym swoim nazwiskiem rodowym. Nie zmienia to faktu iż oficjalnym nazwiskiem jest Wasowska, tak wynika jasno z Dziennika Urzędowego RP.

Ad 2.
Fałszywa data urodzenia Moniki Ewy Wasowskiej w Wikipedii.

Wikipedia podaje jako datę urodzenia „21 listopada 1956 ”.
Podana w Wikipedii data urodzenia jest nieprawdziwa.

Postawiłem poszukać w Krajowym Rejestrze Sądowym Pani Moniki Ewy Wasowskiej.
W Monitorze Sądowym i Gospodarczym KRS z 2008 Nr 206 poz. 185077 przeczytałem:

„185077 FUNDACJA RADIA ZET

KRS 0000127204 SĄD REJONOWY DLA M.ST. WARSZAWY W WARSZAWIE, XII WYDZIAŁ GOSPODARCZY KRAJOWEGO REJESTRU SĽDOWEGO,

wpis do rejestru: 03.09.2002 [WA.XII NS-REJ.KRS/18717/8/434]

W dniu 02.10.2008 dokonano wpisu do rejestru KRS nr 3 następującej treści: (…) RADA FUNDACJI

Dane osób wchodzących w skład organu 1 1. WASOWSKA 2. MONIKA EWA 3. 56071102620”

Linki do wspomnianego Monitora Sądowego i Gospodarczego KRS.

LINK 1

LINK 2

LINK 3

Jak wiadomo w numerze PESEL jest wskazana data urodzenia (w kolejności: rok, miesiąc, dzień). Pod numerem 3. widnieje numer PESEL i zaczyna się od „560711”

Zatem data urodzenia Pani Moniki Ewy Wasowskiej to 11 lipca 1956 roku.

Skąd w Wikipedii zatem jako datę urodzenia wstawiono 21 listopada 1956 roku?

Może wyssano z palca.

Przypomnę tylko niepoinformowanym „encyklopedystom” (celowo piszę w cudzysłowie) propagującym w Wikipedii nieprawdziwe informacje iż zgodnie z obowiązującym prawem „Domniemywa się, że dane wpisane do Rejestru są prawdziwe.” Ponadto „Rejestr jest jawny. Każdy ma prawo dostępu do danych zawartych w Rejestrze„(Art. 8 i 17 ustawy z dnia 20 sierpnia 1997 r. o Krajowym Rejestrze Sądowym.)

Podkreślam, że wszystkie źródła na których się oparłem (tj. Monitor Polski, Krajowy Rejestr Sądowy oraz Monitor Sądowy i Gospodarczy) są oficjalnymi źródłami, dane tam wpisane mają walor prawdziwościpotwierdzonej urzędowo. Na dodatek są to źródła jawne i powszechnie dostępne.

Moim zdaniem ci śmieszni „encyklopedyści” z Bożej łaski podają wiele nieprawdziwych informacji. Wystarczyło mi tylko kilkanaście minut by szybko zweryfikować ile nieprawdziwych danych jest w rzekomej encyklopedii. Jest ich dosyć dużo.

Szukajmy jednak dalej.

Ad.3 Dane ojca Pani Moniki Ewy Wasowskiej.

Na stronie Biuletynu Informacji Publicznej IPN można przeczytać jak wyglądał przebieg służby mjr Tadeusza Olejnika,syna Leona, urodzonego 08.12.1932 w Warszawie.



Gazeta Polska w artykule pt. Perły w koronie Służby Bezpieczeństwa, zamieściła skany z IPN. Na skanach są sygnatury akt z Instytutu Pamięci Narodowej. Polecam szczególnie lekturę 2 poniższych:

http://niezalezna.pl/uplo...z_olejnik14.jpg
http://niezalezna.pl/uplo...z_olejnik11.jpg

Nie ma żadnych wątpliwości czyim ojcem jest Tadeusz Olejnik a dane są potwierdzone przez IPN.
Jednak Wikipedia nie podaje tej informacji. Dlaczego?

Brak informacji o ojcu tłumaczy się rzekomo tym iż hasło jest o Monice Olejnik a nie jej rodzinie.

„ Dlaczego przywracasz informacje na temat ojca Moniki Olejnik? Czy tak ważny jest fakt, że jej ojciec był oficerem MSW przed kilkudziesięcioma laty? Z takiej informacji zwykły czytelnik może wyciągać zbyt daleko idące wnioski na temat działalności dziennikarki, a nie o to w Wikipedii chodzi. Poza tym hasło jest o dziennikarce, a nie o jej rodzinie. Owszem, na Wikipedii są hasła, w których podaje się informacje o rodzicach i potomkach, ale te informacje mają neutralny charakter, a tutaj historią ojca chcemy obarczyć karierę dziennikarki. Stąd mój sprzeciw. „ - argumentuje jeden z redaktorów Wikipedii


„Informacji kontrowersyjnych nie uźródławiamy źródłami tego rodzaju (typu Fakty i Mity, Gazeta Polska, pudelek.pl, Fakt). Poza tym ani ojciec nie jest encyklopedyczny, nie ma też żadnych innych informacji o rodzinie. „ - pisze inny.

Cały zapis dostępny na:
http://pl.wikipedia.org/w...&oldid=29737548

Wikipedia często podaje fakty o rodzinie, małżonkach, dzieciach, rodzicach.
Przykład pierwszy z brzegu, niech będzie chociażby inny dziennikarz Piotr Kraśko.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Piotr_Kra%C5%9Bko

W haśle są informacje o rodzinie, ojcu, dziadku i krewnych.


Jak nazwać sytuację gdy encyklopedia nie chce zamieścić prawdziwej informacji kierując się źle pojętą poprawnością polityczną? Okazuje się bowiem, że fakt iż ojcem Moniki Olejnik jest Tadeusz Olejnik jest uważany za niewłaściwy. A skoro tak należy niewygodny fakt ocenzurować.


Hasło „Monika Olejnik” jest tak zwaną „Stroną zabezpieczoną". A więc taką której edycja jest możliwa po zalogowaniu ze względu na wandalizmy lub tzw. wojny edycyjne.
http://pl.wikipedia.org/w...a_zabezpieczona

Na liście stron zabezpieczonych w Wikipedii znajdziemy chociażby takie hasła jak: Adolf Hitler, Tadeusz Rydzyk, Jezus Chrystus, Pedofilia, Gej, Prostytucja, Debil etc. Jest też oczywiście „Monika Olejnik” jako jedyny dziennikarz na liście. Widocznie jest nadzwyczaj kontrowersyjną osobą.

http://pl.wikipedia.org/w...pieczone_strony


Mam w domu encyklopedię z czasów PRL-u. Otwieram ją czasami z zaciekawieniem jako świadectwo dawnego systemu i jego miernoty intelektualnej. Już bowiem lektura samych haseł encyklopedycznych świadczy o zakłamaniu i braku obiektywizmu ówczesnych encyklopedystów.
Kim jest Władysław Anders według PRL-owskiej encyklopedii? To jeden z przywódców reakcyjnej emigracji. A PZPR? Wiadomo, przewodnia siła narodu w budowaniu społeczeństwa socjalistycznego.

Znana heglowska zasada mówi - „Jeśli teoria nie zgadza się z faktami, tym gorzej dla faktów"
Okazuje się, że podobny styl obowiązuje w polskiej Wikipedii. Znajdziemy tam wiele bzdur.

Brawa dla „encyklopedystów” z Wikipedii.
Życzę im więcej rzetelności faktograficznej a mniej histerycznej poprawności politycznej.

lotnik - 13-09-2012, 15:18

R napisał/a:
Dalej twierdzicie że w Polsce nie ma drugiej płaszczyzny

Kto?

Vibovit - 13-09-2012, 20:55

Cytat:
Zatem data urodzenia Pani Moniki Ewy Wasowskiej to 11 lipca 1956 roku.

Skąd w Wikipedii zatem jako datę urodzenia wstawiono 21 listopada 1956 roku?

Może wyssano z palca.
aż ciarki przechodzą

Cytat:
lektura samych haseł encyklopedycznych świadczy o zakłamaniu i braku obiektywizmu ówczesnych encyklopedystów. (...) Kim jest Władysław Anders według PRL-owskiej encyklopedii? To jeden z przywódców reakcyjnej emigracji. A PZPR? Wiadomo, przewodnia siła narodu w budowaniu społeczeństwa socjalistycznego.
no nieprawdopodobne! :mrgreen: encyklopedie za PRL cechował brak obiektywizmu... kto by pomyślał?


demaskowanie, że na Wikipedii są przekłamania i że nie można na niej polegać to tak, jakby opublikować sensacyjny reportaż, że w Wiśle czy Odrze nie płynie krystalicznie czysta woda ;)

to jasne, że nie można jej traktować jako rzetelne źródło informacji. jest redagowana na zasadzie 'pospolitego ruszenia' i zwłaszcza w sprawach delikatnych - politycznych, historycznych - odzwierciedla nie jakąś prawdę absolutną, tylko najbardziej popularne zapatrywania, uprzedzenia itp., bo pojedynki edycyjne rozstrzyga tam przewaga liczebna. nie wynika to z uknutych w mroku spisków, tylko z natury tego serwisu. nie wiem, dlaczego zapoznanie bliźnich z tym prostym faktem trzeba było wystylizować na reportaż śledczy

R - 14-09-2012, 14:42

Vibovit napisał/a:
aż ciarki przechodzą
Można sobie drwić i udawać że wszystko jest OK. Pewnie tak się lepiej żyje na tym polskim Tytaniku. Rola mediow i kreowania opinii publicznej nastrojów ludzi jst przeogromna, ale to tylko mały wycinek szerszej rzeczywistości ,bo do ubeków i ich bachorów należny także świat polityki, biznesu , ekonomi któremu się przyjrzymy i jak to funkcjonuje w połączeniu z międzynarodowa finansjerą, co jest łącznikiem byłych komuchów z zachodem ? Czy to tylko wspólne interesy czy tez większy plan zniewalania ludzkości przez nację wybraną uzurpująca sobie prawo do wszystkiego w służbie szatana.


Media rodzin Adamsów w Polsce.

CYTAT -"08.30 TVN – Dzień dobry TVN – prowadzi Bartosz Węglarczyk – wnuk jednego z największych stalinowskich ZBRODNIARZY, osobiście TORTURUJĄCEGO bohaterów z NSZ, WIN i AK

18.00 TVP2 - Panorama – prowadzi Hanna Lis - córka KANALII z okresu stanu wojennego
19.30 TVP1 – Wiadomości – prowadzi Piotr Kraśko – wnuk jednego z czołowych komunistycznych CENZORÓW, syn PRLowskiego ministra ds wyznań
20.00 TVN24 - Kropka nad i – prowadzi Monika Olejnik – córka funkcjonariusza SB, konfident służb PRL pseudonim "Stokrotka"

21.30 TVN – Kuchenne rewolucje – prowadzi Magda Gessler – córka PRL-owskiego dziennikarza i agenta SB
21.40 TVP2 - Tomasz Lis na żywo – syn wysokiego OFICERA Ludowego Wojska Polskiego
22.00 TVN24 - Szkło kontaktowe – prowadzi Grzegorz Miecugow – syn STALINOWSKIEGO dziennikarza znanego z podpisania się pod „Apelem krakowskim”
22.30 TVN - Kuba Wojewódzki Show - syn funkcjonariusza SB i PRL-owskiego prokuratora

Życzymy PRZYJEMNEGO odbioru !

Zakładamy że oni robią kariery we wszystkich miastach i miejscowościach. Komuchów i ubeków trochę jednak było i oni nie zniknęli ale dzięki "okrągłemu stołowi" zmienili książeczki partyjne na czekowe. Dlatego zachęcamy piszmy o nich. My nie uważamy, że dzieci odpowiadają za czyny rodziców ale jeżeli korzystali (a skorzystali) z tak niegodziwie zgromadzonych dóbr to jest to już ich odpowiedzialność.




PS. Odtajnione dokumenty MSW z lat 80-tych wskazują, że powstała wówczas dyrektywa nakazująca obsadzenie MEDIÓW odpowiednimi, młodymi dziennikarzami (dla większej pewności - DZIEĆMI ludzi nomenklatury), którzy po wielu latach mieli zostać medialnymi AUTORYTETAMI. Wygląda na to, że ta wieloletnia inwestycja się zwróciła. Każdy, kto ŚMIE dziś podważyć kompetencje tych osób jest uznawany za OSZOŁOMA, a przyznawane im KOLEJNE nagrody (Wiktory, Telekamery czy tytuły DZIENNIKARZA ROKU) są potwierdzeniem perfekcyjnego wykonanego ZADANIA. Jakakolwiek próba wypomnienia im pochodzenia wzbudza zawsze tę samą AGRESYWNĄ odpowiedź, że „dzieci nie odpowiadają za rodziców”. Olbrzymie ZAROBKI tych ludzi są tylko efektem ubocznym całego planu."




Tomasz Lis w "Nocnej Zmianie" do TW "Bolka": panie prezydencie, niech pan nas ratuje!
Nas!!
Nas kapusiów, donosicieli i dzieci ubeków.




Tomasz Lis atakując brutalnie Dorotę Kanię nie broni Moniki Olejnik, ale staje w obronie Hanny Lis


Na portalu natemat.pl do publicystycznego sporu pomiędzy Dorotą Kanią z Gazety Polskiej Codziennie a Moniką Olejnik wtrącił się w sposób niezwykle brutalny redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis.

Cóż, można by powiedzieć o tym co Lis napisał o Dorocie Kani w tekście pt. „Jak Kania dżdżu. I śliny”? A w sumie tylko tyle, używając słów samego Lisa, że „pałkarz z brukowca, mentalny żul i bęcwał wystawia cenzurki dziennikarzom”. Co jednak takiego mogło dotknąć do żywego Tomasza Lisa, że postanowił sponiewierać dziennikarkę mniej więcej w taki sposób jak sponiewierali ją ładnych parę lat temu ci, którzy pobili Dorotę Kanię za jej zbytnią dociekliwość? A no to, że Dorota Kania w swoim tekście napisała po prostu prawdę. A za pisanie prawdy się obrywa.

Tekst Kani był odpowiedzią, na „ironiczny” tekst Moniki Olejnik w „Gazecie Wyborczej”, która wyśmiewała się z tego jak to prawicowi dziennikarze lubują się w zaglądaniu w życiorysy różnych osób, patrząc też na to kogo za rodziców miały owe osoby, czyli na ile ci rodzice mogli komuś ułatwić obecną ścieżkę kariery. Olejnik nie pisała jednak ogólników, tylko od razu zaatakowała „ironią”:

Bardzo często lustracją rodzinną zajmuje się Dorota, nomen omen, Kania. A może to jakaś bardzo daleka rodzina b. I sekretarza PZPR Stanisława Kani? Może jakieś małe śledztwo by się przydało?

No to Dorota Kania odpowiedziała podobną „ironią” na „ironię” Olejnik:

W stanie wojennym w 1982 r. Monika Olejnik, córka funkcjonariusza SB, razem z Grzegorzem Miecugowem & company, przy akceptacji partii i służb specjalnych PRL-u rozpoczynała pracę w III Programie Polskiego Radia, z którego wcześniej WRON-a wyrzuciła „nieprawomyślnych” dziennikarzy.

I w tym jednym zdaniu jest pies pogrzebany. To jest to czego Lis nie mógł darować Kani. Kiedy bowiem swoją karierę rozpoczynała Monika Olejnik u szczytu swoich karier dziennikarskich byli Aleksandra Kedaj i Waldemar Kedaj, czyli rodzice Hanny Lis. Kiedy w roku 1982 dziennikarzy wyrzucano z roboty, kiedy wiele osób dostawało bilet na zachód tylko w jedną stronę, Waldemar Kedaj został stałym korespondentem „Trybuny Ludu” w Sztokholmie, żona zaś pana Kedaja była redaktorem i lektorem dzienników telewizyjnych. Mówiąc krótko, byli to reżimowi propagandyści, których wówczas wszyscy, którzy byli w oporze do władzy ludowej i stanu wojennego, uważali po prostu za zdrajców. Zarówno Aleksandra Kedaj i Waldemar Kedaj znaleźli się na „liście Kisiela”. W roku 1984 wymieniając ciurkiem w swoim tekście pt. „Moje typy” imiona i nazwiska kilkudziesięciu osób Stefan Kisielewski postanowił oddać w ten sposób „hołd” wszystkim tym, którzy w miejsce dziennikarstwa uprawiali czerwoną propagandę. I dlatego właśnie tak Tomasz Lis się zagotował na tekst Doroty Kani. Bowiem osią powyższego zdania Doroty Kani i całego sporu z Olejnik jest przekaz, że wiele osób, które zrobiły kariery m.in. w mediach zawdzięcza po prostu swoim dobrze umocowanym rodzicom oraz zbudowanym silnym układom.

Oczywiście wiadomo, że swoją karierę telewizyjną Hanna Lis zawdzięcza tylko sobie. Wszyscy to wiedzą dobrze, jak i to, że w telewizji publicznej nie rządzi i nie rządził nigdy żaden układ. A dziennikarka jest po prostu zdolniejsza od dziennikarzy prawicowych i dlatego, choćby teraz, kiedy telewizja publiczna ma w plecy dziesiątki milionów, Hanna Lis dostaje lukratywny kontrakt i staje się twarzą Panoramy. A to, że telewizja publiczna, jak donoszą media, płaci jej 30 tys. zł, mimo że mogłaby zapłacić jej spokojnie dużo mniej - ponieważ jakoś konkurencja nie stuka do drzwi pani Hanny, mimo że taka piękna, zdolna i podnosi ponoć oglądalność – to nieistotny drobiazg.

Lis więc swoim tekstem nie broni Olejnik tylko Hannę Lis. I robi to jak na wspomnianego pałkarza przystało:

Monika Olejnik popełniła wielki błąd. Wobec prawicowej agitatorki posłużyła się ironią. Sęk w tym, że agitatorzy nie rozumieją ironii. Chciała Olejnik po prostu do absurdu sprowadzić lustrowanie życiorysów i sprawdzanie kto od kogo pochodzi i kto z jakiego drzewa ideologicznego spadł. To była ironia, a więc błąd, bo Kania zrozumieć ironii nie była w stanie, ona jest nabzdyczona, wzmożona, lustracyjnie podekscytowana i dekomunizacyjnie nienasycona.

A na koniec swojego tekstu redaktor Lis daje nam namiastkę tego jak on rozumie na czym polega ironia:

Nie mogę zakazać Kani lustrowania ludzi. Każdy ma w życiu taki afrodyzjak na jaki zasługuje. Dla niektórych afrodyzjakiem są teczki. Nawet puste teczki. Kania lustrowała i będzie lustrowała. Ten typ tak ma.

No cóż, na jaki afrodyzjak zasłużyła sobie np. Hanna Lis to każdy może sobie ocenić sam czytając teksty Mistrza Ironii. Tak samo jak może sobie ocenić na ile ścieżki kariery Lisów przypominają ścieżki kariery Kedajów, czyli czerwonych agitatorów. A to, że Hanna i Tomasz Lis podążają, moim skromnym zdaniem, jednak tą samą drogą kariery co Aleksandra i Waldemar Kedajowie... no cóż, te typy widocznie tak mają i innej drogi po prostu nie znają.

http://wpolityce.pl/dzien...ronie-hanny-lis

Swierzb - 15-09-2012, 23:42

http://stopsyjonizmowi.wo...wojne-swiatowa/
Bonzdriver - 16-09-2012, 00:02

Właśnie dałeś odpowiedź na pytanie dlaczego wódka jest lepsze od dragów.
madafaka - 16-09-2012, 02:10

zacznijmy od toszze wodkoskiej z dragami mieszacnie poinno sie i papierosow tez!
Bonzdriver - 16-09-2012, 02:32

Noga słonia być dobra i trąba też :}
madafaka - 16-09-2012, 02:35

no wiesz cos o tym,w o g u le t o mialem isc spac, ciao*)
R - 16-09-2012, 09:58

ŚWIAT BIZNESU I POLITYKI - DZIECI UBEKÓW I SCHEDA PO ZGREDACH


http://wiadomosci.dzienni...nych-sluzb.html




Dodając ten wykop , jestem zmuszony stwierdzić, że cała trójka najbogatszych obecnie polaków (źr. Lista 100 najbogatszych WPROST) ma mniejsze lub większe powiązania z byłą SB i UOP (co nie wroży dobrze dla polskiej gospodarki).


1. Jan Kulczyk - jego ojciec miał regularne kontakty biznesowe z wywiadem PRL w Niemczech. Sam JK dostał pod koniec lat 70. paszport konsularny PRL. W okresie transformacji ustrojowej , znany z robienia interesów z ludźmi z PZPR i UOP.


3. Leszek Czarnecki - "TW Ernest" - donosił SB na kolegów z liceum. Chwalony za "dużą aktywność i inicjatywę operacyjną". W sumie wysłał ponad 90 donosów przez 3 lata. Dostawał za to pieniądze i z pewnością nie było to "kieszonkowe".


Dzisiaj zajmę się numerem 2. - Zygmuntem Solorzem właścicielem Polsatu , znanym jako "TW Zegarek", którego dobrzy przyjaciele nazywają "Piotrem".

Dlaczego?


Oto artykuł z "Życia Warszawy" , z dn. 17 listopada 2007. Autor to Tadeusz Witkowski , znany historyk i członek dawnej Komisji Weryfikacyjnej WSI:


Zygmunt Solorz w sieci służb PRL




(...)


Osiemdziesiąt osiem


Mikrofilm (J-9469) pochodzący z archiwum Departamentu I Ministerstwa Spraw Wewnętrznych PRL zawiera osiemdziesiąt osiem klatek (z których kilka zawiera trzy lub cztery dokumenty).


Zgromadzone materiały dotyczą sprawy rozpracowania operacyjnego o kryptonimie "Zeg". W opisie wstępnym akt, w rubryce "Nazwisko i imię głównego figuranta" widnieją trzy nazwiska: Zygmunta Józefa Kroka-Solorza, Ilony Solorz i Kazimierza Gossa, ale przytłaczająca większość dokumentów dotyczy pierwszego. Teczkę założono w roku 1983, zamknięto w 1985. Materiały sfilmowane 7 maja 1986 roku obejmują zarówno fazę wstępną opracowywania Zygmunta Solorza (tzw. SMW, to jest Segregator Materiałów Wstępnych) jak i okres formalnie potwierdzonej współpracy.


Służby zainteresowały się Zygmuntem Solorzem wiosną 1983 roku, kiedy przybył do kraju po uzyskaniu paszportu konsularnego wystawionego przez konsulat PRL w Wiedniu na jego rodowe nazwisko Krok. Była to jego pierwsza wizyta w Polsce po blisko sześciu latach nieobecności. Wykorzystano fakt, że młody biznesmen pojawił się w Biurze Paszportowym w swoim rodzinnym mieście Radomiu po to by dopełnić jakichś formalności (zresztą, zupełnie niepotrzebnie, gdyż, jak wynika z notatek funkcjonariuszy SB, nie było to obowiązkowe). Między 2 maja a 15 lipca 1983 porucznik Eugeniusz Gurba przeprowadził z nim kilka rozmów sondażowych, z których dowiedział się o jego losach po wyjeździe z Polski. Teczka mówi więc również o wydarzeniach sprzed lat, bez których znajomości trudno jest zrozumieć to, co stało się w roku 1983.


Prehistoria


Wszystko zaczęło się we wrześniu w roku 1977, kiedy dwudziestojednoletni mieszkaniec Radomia, Zygmunt Krok, zatrudniony w jednym z miejscowych zakładów postanowił udać się z kolegą na urlop do Bułgarii. W czasie podróży skradziono mu dowód osobisty z pieczątką uprawniającą jego posiadacza do przekraczania granicy z tzw. krajami demokracji ludowej. Informacje dotyczące tej sprawy są sprzeczne: raz mówi się w jej kontekście o Sofii, kilka razy o Bukareszcie. Najprawdopodobniej więc to konsulat PRL w stolicy Rumunii wystawił mu w miejsce skradzionego dokumentu paszport blankietowy, umożliwiający powrót do Polski. Zygmunt Krok i jego towarzysz podróży, Janusz Dudek wybrali jednak drogę przez Wiedeń, gdzie zamierzali zarobić na czarno trochę pieniędzy.


W międzyczasie wydarzyło się jednak coś, co całkowicie zmieniło życie Zygmunta. Najpierw policja austriacka zatrzymała ze względu na stan techniczny "Syrenę", którą podróżowali (był taki samochód polskiej produkcji). Później stało się coś znacznie gorszego. Zygmunt Krok wszedł do domu towarowego z grupą Polaków, z których jeden dokonał kradzieży. W czasie kolejnych zakupów ochrona poznała go jako członka grupy i wezwała policję. Kosztowało go to trzy miesiące aresztu śledczego, po czym zwolniono go z braku dowodów winy. Ponieważ paszport blankietowy szybko stracił ważność i zabrakło środków do życia, jedynym wyjściem pozostał obóz uchodźców w Traiskirchen koło Wiednia. Po krótkim pobycie w obozie "uciekinier" otrzymał dokument uprawniający do pozostania w Austrii i podjęcia tam pracy.


Dla polskiego uchodźcy nie była to jednak dość atrakcyjna oferta; postanowił udać się do Republiki Federalnej Niemiec. W obawie, że podejrzenie o kradzież uniemożliwi mu legalny pobyt w tym kraju, zgłosił się więc w komisariacie policji w Salzburgu i zameldował, że zginęły mu dokumenty. Wystawiono mu zaświadczenie na nazwisko Piotr Podgórski, które podał urzędnikowi (skądinąd wiadomo, że było to nazwisko kolegi z Polski, ale o tym dokumenty wywiadu milczą). Z tym właśnie zaświadczeniem przekroczył w niestrzeżonym miejscu niemiecką granicę i udał się do Monachium. Po upływie kilkunastu miesięcy władze niemieckie przyznały mu prawo azylu i wydały na przybrane nazwisko dokument uprawniający do podejmowania pracy.


Przez dwa lata Piotr Podgórski pracował w prywatnej firmie transportowej, po czym wspólnie z innym uchodźcą, Tomaszem Kudlejem, założył w 1981 roku firmę przewozową o nazwie Solmex, kooperującą z Polską Misją Katolicką w Monachium. W rok później usamodzielnił się. Spółkę rozwiązano. W jej miejsce powstała nowa firma (Solorz Export-Import) zarejestrowana na nazwisko narzeczonej Zygmunta, Ilony Solorz. Pozostało tylko uregulować sprawy rodzinno-majątkowe.


Z akt wynika, że Zygmunt Krok poznał Ilonę Solorz w 1979 roku, w Niemczech mógł ją jednak poślubić tylko pod przybranym nazwiskiem, czego chciał uniknąć. W 1980 roku przyszedł na świat ich syn Tobias Marcus Solorz, toteż uregulowanie statusu rodzinnego stało się, jak rozumiem, jednym z priorytetów. Załatwiono to na terenie Austrii, gdzie Piotr Podgórski mógł występować od swoim właściwym nazwiskiem. Najpierw za pośrednictwem adwokata załatwił reaktywowanie prawa stałego pobytu i zameldowanie w tym kraju, następnie używając właściwego nazwiska zawarł z Iloną Solorz związek małżeński (24 stycznia 1983 roku) i wystąpił o polski paszport konsularny. Otrzymał go stosunkowo szybko, jako że wyjechał z Polski na dowód osobisty i w Biurze Paszportowym w Radomiu nie figurował jako uciekinier. Właśnie w takich okolicznościach pojawił się w Polsce. Dla służb był to sprzyjający czas, by rozpocząć połów.


Naprowadzanie


Służby szybko zorientowały się, że Zygmunt Krok, przyjechał dopilnować spraw związanych z biznesem przewozowym i w dodatku nosi się z zamiarem otwarcia firmy polonijnej produkującej wyroby z parafiny i środki ochrony roślin. Wiedziały też, że zamierza przyjąć nazwisko żony i chciałby uregulować związane z tym formalności. Dla funkcjonariuszy Departamentu I MSW była to sytuacja umożliwiająca wywieranie nacisku na "figuranta" i zarazem otwierająca kuszące perspektywy, gdyż w przypadku pozyskania właściciela firmy przewozowej z bazą w Monachium, mieliby dojście do osób i środowisk korzystających z jej usług, w tym do Polskiej Misji Katolickiej, do niektórych kadrowych pracowników sekcji polskiej Radia Wolna Europa i Bawarskiego Komitetu Solidarności.


W sporządzonym przez SB wykazie osób znających sprawę o kryptonimie "Zeg" w rubryce "Skąd wynika znajomość" obok nazwiska Eugeniusz Gurba widnieje słowo "naprowadzenie". Znaczy ono w tym wypadku tyle co "opracowanie w celu pozyskania". Z notatek porucznika Gurby wynika, że to on właśnie 15 lipca w sposób nie do końca formalny bo bez uprzedniej, pisemnej zgody przełożonych, wydobył od Zygmunta Solorza zobowiązanie o zachowaniu w tajemnicy faktu współpracy z oficerami SB, podpisane nazwiskiem Krok (tyle że, w tym czasie "naprowadzany" był już chyba po zmianie nazwiska, co może oznaczać, że nie zamierzał traktować tego zobowiązania poważnie). Sformułowano go tak oto: "Ja Zygmunt Solorz (Krok) zobowiązuję się zachować w tajemnicy fakt współpracy z oficerami SB. Zobowiązuję się wykonywać ustalone ze mną polecenia. Informacje będę podpisywać [lub: 'będą podpisywane'] Zegarek."


W napisanej odręcznie "Notatce służbowej dot. spotkania z Zygmuntem Krokiem" (15 lipca) porucznik Gurba przyznaje się do podstępu: dał do zrozumienia rozmówcy, że tylko po jego interwencji interesant będzie mógł otrzymać potrzebną przy rejestracji firmy polonijnej pozytywną opinię z Wydziału Paszportów, on zaś nie może interweniować jako osoba prywatna, a tylko jako oficer SB po uzyskaniu pisemnego zobowiązania do współpracy. W notatce znalazły się między innymi następujące zdania:


"1. Fakt, że teraz zdecydowałem się przedstawić propozycję współpracy, wynika z tego, że Zegarek złożył podanie o zezwolenie na założenie firmy polonijnej. Po otrzymaniu zgody nie mógłbym wykorzystać elementu nacisku.


2. Moja wypowiedź, że tylko ja mogę spowodować, że otrzyma pozytywną opinię z Wydz. Paszportów, była spowodowana taktyką pozyskania. W rzeczywistości moja interwencja w Wydz. Paszportów nie jest potrzebna."


Formalnego werbunku dokonał dopiero 18 października 1983 roku inny oficer, inspektor Wydz. XI Dep. I, podporucznik Zbigniew Poławski, przy czym, jak określono to w "Raporcie z dokonanego werbunku agenta" z dnia 5 listopada, sam Zygmunt Solorz nazwał ów fakt "porozumieniem stron" i zaznaczył, iż "nie zaakceptowałby propozycji współpracy jako alternatywy [? warunku] kontaktów z Polską".


Podpisano wówczas sześciopunktową umowę z nowo pozyskanym. Jej pierwszy punkt mówił, że pan Zygmunt Solorz podjął współpracę ze Służbą Wywiadu z pobudek patriotycznych, drugi, że zobowiązuje się wykonywać w miarę możliwości zlecone mu zadania, trzeci, że zobowiązuje się do zachowania w tajemnicy faktu współpracy, czwarty, że Służba Wywiadu zajmie się jego przeszkoleniem, zrefunduje poniesione przez niego koszta i ze swojej strony zapewni mu pełną dyskrecję, piąty, że będzie się posługiwał pseudonimem "Zeg" i szósty, że umowa sporządzona w jednym egzemplarzu będzie przechowywana przez Służbę Wywiadu.


Jak zawsze, tak i w tym przypadku służby liczyły się z możliwością odmowy. Siódmy punkt planu działania opisanego w raporcie z 14 października 1983 roku mówił o "przedsięwzięciach" na wypadek nieudanego werbunku: "'Zeg' zostanie pozbawiony prawa przyjazdów do Polski - cofnięcie paszportu konsularnego, wpisanie do indeksu osób niepożądanych w PRL. Podpisze ponadto oświadczenie o zachowaniu w tajemnicy okoliczności[,] jakie towarzyszyły jego kontaktom z naszą Służbą (w przypadku ujawnienia policja zachodnioniemiecka zostanie poinformowana o jego oszustwach)."


Zawiedzione nadzieje


Jak służby charakteryzowały agenta o pseudonimie "Zeg" i czego od niego oczekiwały? W notatce służbowej z dnia 2 maja 1983 roku por. Eugeniusz Gurba napisał: "Na podstawie przeprowadzonej rozmowy oceniam Kroka jako człowieka bardzo zaradnego, operatywnego i odważnego. Nie jest klerykałem, z księżmi utrzymuje kontakty, bo mu się to opłaca. Wydaje się, że w sposób szczery przedstawił przebieg swojego pobytu za granicą i jest autentycznie skłonny do zrewanżowania się za pozytywną dla niego decyzję paszportową." W innej notatce, z 14 maja, znalazły się natomiast takie zdania: "W trakcie rozmowy pytałem Kroka o jego ewentualne kontakty z przedstawicielami 'Solidarności' za granicą. Odpowiedział, że oficjalnych [kontaktów] z[] zorganizowanymi grupami czy komitetami nie posiada. Spotyka się natomiast z ludźmi, którzy twierdzą, że działają na rzecz "Solidarności". Kilkakrotnie przekazywali mu paczki i dozy pieniężne z przeznaczeniem dla b. działaczy 'Solidarności' w kraju. Przyjmował te dary, ale do Polski dostarczał je w całości do klasztorów nie podając, że mają specjalnego adresata. Twierdził, że postępował tak dlatego[,] gdyż chciał uniknąć komplikacji z władzami celnymi. Uważa, że każdy klient jest dobry i należy go maksymalnie wykorzystać."


Porucznik Zbigniew Poławski zwrócił uwagę na inne cechy charakteru "opracowywanego" kandydata na agenta. W "Raporcie z rozmowy sondażowej z Zygmuntem Solorzem (ps. 'Zeg')" przeprowadzonej 16 września zauważył, iż Zeg "przyjął fikcyjne nazwisko wyłącznie dlatego, że nie chciał narażać swych licznych krewnych w Polsce, zaś dowodem jego uczciwości jest niepobieranie żadnych zasiłków na to fikcyjne nazwisko (robi tak większość Polaków, nawet po podjęciu pracy)".


Miejscem spotkań z agentem miała być Polska (głównie Warszawa). Od nowo pozyskanego oczekiwano informacji o obiektach interesujących wywiad. Chodziło przede wszystkim o pracowników polskiej sekcji Radia Wolna Europa korzystających z usług firmy Solorz Export-Import, o działalność Polskiej Misji Katolickiej w Monachium i Bawarskiego Komitetu Solidarności. W kontekście pierwszego obszaru zainteresowań służb pojawiają się nazwiska kapelana sekcji polskiej RWE, ks. Stanisława Ludwiczaka, Wojciecha [? Zygmunta] Słomkowskiego i Aleksandra Świejkowskiego (rzadziej Tadeusza Podgórskiego i A.[?] Prucińskiego). W przypadku Misji szło o jej szefa, ks. Jerzego Galińskiego, z którym Zygmunt Solorz musiał kooperować jako szef firmy przewozowej, w trzecim przypadku - o bliżej nieokreślony rekonesans (chyba dwa razy wspomniany jest działacz komitetu o nazwisku Olczak). Planowano także, wykorzystać dobre stosunki Zygmunta Solorza z Barbarą Kwiatkowską Lass po to by wejść w środowiska "emigracji antysocjalistycznej" i użyć agenta do rozpracowania organizacji emigracyjnych w Berlinie Zachodnim, żaden z tych planów nie został jednak skonkretyzowany.


Nie ma dowodów, że któreś z zadań zostało faktycznie wykonane. W raporcie z 2 stycznia 1984 roku pojawia się na przykład sformułowanie "w załączeniu informacje sporządzone ze słów agenta", załącznika jednak brak. Większą pewność można mieć natomiast w przypadku tego, co pozostało wyłącznie w sferze planów. Mówiąc językiem akt: agent "Zeg" nigdy, na przykład, nie nawiązał w tym okresie osobistego kontaktu z ks. Ludwiczakiem, pomimo iż miał takie zadanie.


W okresie między 18 października 1983 a 26 czerwca 1985 (kiedy to postanowiono przekazać materiały do archiwum) miały miejsce cztery spotkania oficerów prowadzących z agentem "Zegiem" (ostatnie - 20 listopada 1984 - było zarazem pierwszym z udziałem "przejmującego agenta na kontakt" oficera centrali, Andrzeja Przedpełskiego). W każdym z następujących po sobie raportów, które dotyczą tych spotkań, wracają informacje o ograniczonych możliwościach "Zega". W marcu 1984 właściciel przedsiębiorstwa przewozowego nawiązuje bowiem kontakt z firmą "Polimar S.A." (z siedzibą w Warszawie) zajmującą się sprowadzaniem używanych samochodów i stopniowo wycofuje się z dostarczania do Polski paczek. W praktyce oznaczało to, że traci kontakt z monachijskim środowiskiem, które było przedmiotem zainteresowania służb. W jednym z raportów mówi się też, że "Zeg" unika kontaktu z oficerami centrali. W raporcie datowanym 20 listopada 1984 roku porucznik Andrzej Przedpełski zauważył: "W pracy z agentem krypt. 'Zeg' dał się zauważyć w ostatnim okresie pewien regres. Zapowiadająca się dobrze współpraca polegająca na docieraniu źródła do obiektów położonych na terenie Monachium (Polska Misja Katolicka i RWE) została przerwana na skutek zmiany profilu pracy 'Zega'. Pomimo to nadal istnieją możliwości wejścia agenta w to środowisko i zrealizowania zadań na tym kierunku." Wszystko wskazuje jednak, że oficer prowadzący przecenił możliwości swojego podopiecznego lub nie docenił jego sprytu i umiejętności wychodzenia z opresji.


Obawy


O zamknięciu sprawy i przekazaniu jej do archiwum zadecydował nie tylko brak widocznych korzyści z utrzymywania kontaktu z agentem. Wiele wskazywało, że "Zegiem" może się wkrótce zająć policja zachodnioniemiecka. Jednym z powodów do obaw był fakt, iż w Niemczech ów mało przydatny (jak się okazało) współpracownik wywiadu był znany pod dwoma różnymi nazwiskami: Podgórski i Solorz. Innym, że służby niemieckie zainteresowały się mieszkaniem w Berlinie Zachodnim, które państwo Solorzowie wynajmowali przebywającym tam Polakom. Najbardziej niepokojące były jednak perypetie związane z niemieckim prawem jazdy Zygmunta Solorza.


Na początku 1985 roku do Wydziału Komunikacji przy Urzędzie Miejskim w Radomiu wpłynęły dwa pisma. Najpierw (17 stycznia) Wydział Prawno-Konsularny Ambasady RFN w Warszawie zwrócił się z prośbą o sprawdzenie, czy Zygmunt Józef Krok otrzymał prawo jazdy kategorii B i C (nr B/1757 seria D-019394). Następnie, 17 lutego, Zygmunt Krok (Solorz) złożył podanie o wydanie zaświadczenia, że tenże urząd wydał mu w roku 1977 dokument uprawniający do prowadzenia pojazdów, zaznaczając, iż załącznik taki musi przedłożyć w związku egzaminem eksternistycznym dającym podstawy do podwyższenia kategorii niemieckiego prawa jazdy. Wydział Komunikacji w Radomiu pismem z dnia 7.03.1985 roku poinformował Ambasadę RFN w Warszawie, iż "obywatel Krok w dniu 8.07.1977 roku otrzymał prawo jazdy kategorii AB-17157/77 na druku I-663325, informując jednocześnie, że prawo jazdy, którego fotokopię przesłano celem potwierdzenia danych nie zostało wydane przez tutejszy Wydział" (Notatka służbowa z 16 kwietnia 1985r.). Władze niemieckie zostały więc poinformowane, że prawdopodobnie doszło do fałszerstwa. W przypadku wszczęcia dochodzenia na terenie Niemiec, kontakty Zygmunta Solorza z peerelowską służbą wywiadu mogły wyjść na jaw.


"Analiza rozpracowania operacyjnego nr. rej. 15562 krypt. 'Zeg'" nosząca datę 22 czerwca 1985 roku zawiera następujące "uwagi i wnioski":


"1. Kontynuowanie współpracy ze źródłem w obliczu prawdopodobnego zainteresowania jego osobą ze strony policji RFN oraz potwierdzonych przypadków kontrolowania jego mieszkania w Berlinie Zach. przez miejscową policję grozi dekonspiracją jego powiązań z naszą Służbą.


2. Obserwowany od dłuższego czasu brak korzyści informacyjnych ze współpracy z 'Zegiem' wynikający z osłabienia możliwości wywiadowczych źródła stawia pod znakiem zapytania celowość kontynuowania współpracy.


3. Biorąc pod uwagę powyższe jak również unikanie przez 'Zega' kontaktów z utrzymującymi z nim w przeszłości i obecnie pracownikami Centrali, proponuje się zakończyć współpracę ze źródłem i sprawę złożyć w archiwum."


Tyle mówią dokumenty. O to, jak było w istocie, należałoby jeszcze zapytać głównego bohatera i świadków wydarzeń opisanych w aktach sprawy "Zeg". Myślę, że w roli śledczych lepiej niż ja odnajdą się jednak inni publicyści. A co do wniosków - znacznie więcej do powiedzenia będą mieli historycy i socjologowie badający formowanie się warstwy najbogatszych Polaków i wielkiego biznesu w III Rzeczypospolitej.


Tadeusz Witkowski

"Życie Warszawy", 17 listopada 2007


CYTAT Z BLOGU MARKA SUSKIEGO - "Wielkie majątki i pozycję mają w Polsce ludzie z kręgu władzy PRL. Najbogatsi biznesmeni mają w swoim życiorysie współpracę z tajnymi służbami komunistycznego państwa. Jedni mieli wysoko postawionych rodziców, którzy dali im kapitał założycielski, często zdobyty w procesie uwłaszczenia nomenklatury. Inni byli etatowymi lub tajnymi pracownikami komunistycznego aparatu ucisku. Kiedyś analizowałem pierwszą setkę najbogatszych Polaków i w tej grupie znaczna część ludzi pochodziła z tego kręgu. Czym był PRL i jego tajne i zbrodnicze służby, pisali niektórzy historycy. Kiedyś także czytałem sprawozdanie NIK na temat wykupywania ziemi i dworów zrabowanych ich właścicielom przez komunistów po II wojnie światowej. W wykazie, przy co ciekawszych obiektach dworsko-pałacowych, istniał dopisek „właściciel zastrzegł anonimowość”. Z akt licznych afer można było wyczytać, że autorzy wielomilionowych przekrętów nabywali chętnie dawne rodowe siedziby polskich ziemian. Powstało nawet towarzystwo Nowych Ziemian. Tymczasem proces prywatyzacji przebiegał i nadal przebiega często w taki sposób, jak w przypadku radomskiej Fabryki Łącznikówch. Ktoś anonimowy zakłada spółkę zo.o. z minimalnym kapitałem. Kupuje firmę i po wyssaniu co się da z nabytego majątku, ogłasza upadłość i rozmywa się we mgle. Jeśli ktoś jest dociekliwy to może odnaleźć, że nabywca to jakiś były oficer WSI, syn komunistycznego generała czy sekretarza PZPR. W nabytych zakładach panują stosunki niemal niewolnicze. Właściciele firm przystępują do komitetów poparcia polityków i dają im pieniądze na działalność. Potem politycy spłacają dług wdzięczności pisząc korzystne ustawy na cmentarzu czy dając im nagrody i medale, nawet jeśli coś zawalą. Często także wśród polityków i ministrów są potomkowie prominentów z PRL lub ich żony czy mężowie. A kto sprzeciwia się temu systemowi, wylatuje z pracy, a jeśli przedstawia dowody niecnego procederu, może się liczyć z procesami sądowymi i wysokimi karami za zniesławienie ludzi z klasy panującej nad Polską i Polakami. A jeśli ludzie uczciwi zdobędą władzę, zafunduje im się lot w jedną stronę. Jak nazwać system, w którym przez ponad dwadzieścia lat nikomu z tej uprzywilejowanej grupy włos z głowy nie spadł, a tym którzy chcieli wyrwać Polskę z okowów tego systemu funduje się najprzeróżniejsze draństwa? Dla mnie jest to Feudalizm Postkomunistyczny. Właśnie dlatego, że klasa posiadająca w Polsce jest głęboko zdemoralizowana a zwykli ludzie pozbawieni opieki państwa żyją na łasce obecnych posiadaczy, jak w czasach pańszczyzny. Taki stan rzeczy stacza nasz kraj w przepaść. I póki to się nie zmieni, nie mamy szans na miejsca pracy dla setek tysięcy Polaków w kraju, jak i tych, którzy chcieliby wrócić z zagranicy, na sprawną służbę zdrowia, bezpieczną kolej, uczciwe sądy, itd. Niestety obecna władza będąca gwarantem zachowania panujących stosunków społecznych, cieszy się poparciem nie tylko tych, którzy czerpią z takiego stanu rzeczy korzyści, ale także znacznej części społeczeństwa, któremu wmawia się, że jest dobrze i nie ma alternatywy. Nie jest to jednak prawdą. Taka alternatywa już w Polsce rządziła i wierzę, że pomimo tak wielkiej straty, jaką poniosła Polska w Smoleńsku, Jarosław Kaczyński na czele Prawa i Sprawiedliwości będzie kontynuował to, co tak brutalnie zostało zahamowane prawie dwa lata temu. Kontynuację rozpoczętego dzieła naprawy Rzeczypospolitej w imię pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego i dla dobra wszystkich Polaków potraktujmy jako wypełnienie duchowego testamentu Naszego Prezydenta."

http://suski.blox.pl/tagi...ml?PageNumber=3



http://www.rodaknet.com/r...asny%20dwor.htm

Vibovit - 17-09-2012, 21:43

R napisał/a:
Vibovit napisał/a:
aż ciarki przechodzą
Można sobie drwić i udawać że wszystko jest OK. Pewnie tak się lepiej żyje na tym polskim Tytaniku. Rola mediow i kreowania opinii publicznej nastrojów ludzi jst przeogromna
a czy ja gdzieś napisałem, że "wszystko jest OK". nie drwię z tych truizmów, że rola mediów jest ogromna, a same media - zwłaszcza elektroniczne - są w rękach mocno szemranych osób, tylko z zabawnego doboru przykładów, po które ktoś sięgnął, kiedy próbował tę tezę zilustrować czymś konkretnym.

w odróżnieniu od tej osoby, nie jestem porażony faktem, że na Wikipedii postarzono Monikę Olejnik (o niespełna cztery miesiące) i jakoś nie wydaje mi się to znaczącym przykładem sterowania społecznymi nastrojami przez nierzetelne media :mrgreen:

chudy77 - 26-09-2012, 20:40

Ciekaw jestem jak zapatrujecie się na osobe Antoniego Zambrowskiego? Żyd z pochodzenia (na pewno czesciowo, nie wiem czy nie w 100%). Wywodzi sie z czerwonej szlachty, a zarazem jest wierzącym katolikiem, siedział juz w latach 60-tych jak i pozniej i to kilka razy. Jest zatwardziałym prawicowcem i wydaje sie byc uczciwym człowiekiem.

Na pewno nie jest pieszczochem liberalnej wladzy, a wielu Żydów zarzuca mu antysemityzm !!!

Ciekawa postac, warto zapoznac sie z jego publicystyką. Duzo wie o PRLu...

Kruk - 26-11-2012, 21:20

http://pl.wikipedia.org/wiki/Roman_Pasikowski - ciekawe, czy jego wnukiem nie jest Władysław Pasikowski - to by wyjaśniało, dlaczego relatywizuje zbrodnie okresu PRL-u i dlaczego umieścił w "Psach" scenę, w której grupa esbeków niesie pijanego kolegę śpiewając "Janek Wiśniewski padł". I dlaczego nakręcił "Pokłosie" o takim, a nie innym wygłosie.

Co prawda nienawidzę nazioli i potępiam ich zbrodnie, ale tu akurat uważam, że szkoda, że oprócz Romana Pasikowskiego nie zabili również jego dzieci.

Swierzb - 27-11-2012, 00:19

http://www.youtube.com/wa...d&v=u35odXNQgbQ

po śmierci prof Wieczorkiewicza Leszek Żebrowski jest moim numerem jeden jeśli chodzi o historyków-gawędziarzy

birkut - 20-12-2013, 02:19

http://wpolityce.pl/artyk...y-nowych-mediow
r27 - 20-12-2013, 15:07

...jak ktoś kupi to niech da znać czy warto
Pornominister - 20-12-2013, 16:59

Kolejna paszkwilancka ksionżka pisana topornym, propagandowym językiem. Stanowczo odradzam. Chętnie za to poczytałbym coś na temat przeszłości Marcinka Wolskiego, Krzysztofa Czabańskiego i red. Targalskiego :mrgreen:
Kruk - 20-12-2013, 20:45

O "reżimowych dzieciach" pisał już paręnaście lat temu Jerzy Robert Nowak w "Czerwonych dynastiach". Nie jest tajemnicą, że kierujący Gazetą Wybiórczą Szechter-Michnik, Chaber-Łuczywo i Gebert-Warszawski są dziećmi działaczy KPP, KPZU, KP USA itp. partii i organizacji. Ani że Passent jest siostrzeńcem komunistycznego generała żydowskiego pochodzenia Jakuba Prawina, rannego pod Lenino, a później utopionego w Wiśle. Choć czasem dzieci tych funkcjonariuszy reżimu są wyrodnymi dziećmi, jak choćby Ludwik Dornbaum-Dorn czy Antoni Zambrowski. A czasami zdarzało się też i w drugą stronę, że ludzie z rodowodem AK-owskim lub ONR-owskim stawali po stronie komunistów - taki Hryckowian, Widaj, Łapiński, Piasecki.

Wielu ludzi kultury, publicystyki, produkcji filmowej itd. zostało zarejestrowanych jako kontakty operacyjne SB, ale nie wszyscy faktycznie donosili. SB na wielu ludzi miało haki, również na tych z opozycji. Jednym z faktycznych kapusiów SB był aktor Tomasz Dedek. Z kolei Aleksander Ford doniósł do NKWD na Jerzego Gabrielskiego.

Dziś na wojskowych Powązkach, w kwaterze TUJE (która w sumie zamiast litery T na początku powinna mieć dwugłoskę CH) został pochowany Jan Chyliński, właściwie Jan Bierut, syn szefa wszystkich zbrodniarzy stalinowskich w Polsce i skrajny wybielacz postaci swojego ojca. Spoczął obok innych 'zasłużonych' działaczy komunistycznych. Kolejny grób na wojskowych Powązkach, na który można się odlać.

r27 - 20-12-2013, 20:54

Cytat:
Kolejna paszkwilancka ksionżka pisana topornym, propagandowym językiem. Stanowczo odradzam. Chętnie za to poczytałbym coś na temat przeszłości Marcinka Wolskiego, Krzysztofa Czabańskiego i red. Targalskiego

czemu paszkwilancka? tak jak gdyby to było wstyd mieć tatę w SB.. na miejscu tych Lisów czy Kraśków czułbym dumę że w końcu doceniono wkład mych rodziców w rozwój socjalistycznej ojczyzny
Lis czy Kraśko potępiający książki w których opisuje się chwalebne czyny ich ojców to jak Pawka Morozow wyrzekający się taty! :dziad:

po trzykroć tfu tfu tfu na te liberalne pomioty..zdrajcy swych rodziców :!:

Pornominister - 20-12-2013, 21:38

Włodek Ciemoszewicz miał fajnego ojca, ponoć rozdawał on cókierki dzieciom i karmił żubry wódką w Hajnowce...

Przepraszam mzaw\ wpis ale jestem niedysponowany, pije czystom i s łucham faszystowskiej muzyki puszczanej w Tv Trwam. dobrze, że juz nie jestem w partii, bo by mnie wywalili nna zbity pysk.

Niech żyja warzywa i owoce!!!!!`1`

r27 - 20-12-2013, 22:04

Cytat:
ponoć rozdawał on cókierki dzieciom i karmił żubry wódką w Hajnowce...

hehe prawie 20 lat temu piłem wódkę w leśniczówce którą potem za grosze oddali dla włodka.. mieszkał tam ojciec z synem (pracownicy lasów państwowych)..syn ostry garus...a ojciec ksywa Kolombo chętnie za pare groszy podnajmował pare pokojów dla młodocianych pijaków..mija z 2 lata i widzę jakiegoś syna UBeka w kapelutku myśliwskim na tle leśniczówki Kolomby ..chuje w dzierżawe mu za grosze oddali a Kolombo gdzieś wykwaterowali do bloku do Ha-Noi (po polsku Hajnówka)..pewnie już chłopina nie żyje :-/

syn jego spoko chłopak..pijemy ..a on nagle wyciąga "chustę rezerwisty" ad. ok. 1990r. ..jeden kolega się pyta "gdzie służyłeś?" ..a typ go chwyta za ryj i cedzi przez zęby "zapamiętaj kurwo, ja nigdy nikomu nie służyłem i nie będe służył".. na mnie wtedy to pozytywne wrazenie zrobiło

Obywatel - 21-12-2013, 09:06

Kruk napisał/a:
skrajny wybielacz

Zajebisty slogan. Radykalny odrdzewiacz. ekstremalny kret, ostateczny detergent.

chudy77 - 24-12-2013, 10:52

czy są nizbite dowody że stary Kwaśniewskiego to oficer NKWD Izaak Stolzmann?
Pornominister - 24-12-2013, 11:14

NIe ma żadnych!!2 Jacek Żakowski podał tą tanią propagandową plujkę za to że bezprawnie użyli jego wizerunku. Na sto procent wygra sprawe, i Kania bedzie musiała przyznac się do swojego tatusia, a Targalski co nieco wytargać :mrgreen:

http://wpolityce.pl/wydar...h-odszkodowania


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group